
Przez kilka godzin pod drzwiami Akademii Wymiaru Sprawiedliwości w Warszawie rozgrywała się scena, jakiej w polskim szkolnictwie wyższym nie widziano od dawna. Prof. Sławomir Cudak, wyznaczony przez ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka na pełniącego obowiązki rektora-komendanta, stawił się rano w siedzibie uczelni, żeby objąć stanowisko. Nie został wpuszczony. Przed budynkiem stanęła pikieta, w środku zabarykadowała się między innymi posłanka PiS Maria Kurowska, a pod uczelnią pojawiali się kolejni politycy tego ugrupowania, w tym prezes Jarosław Kaczyński. Cudak wszedł do gabinetu dopiero po kilku godzinach, w asyście policji.
W tle tego zamieszania jest spór o to, kto faktycznie kieruje publiczną uczelnią, która kształci funkcjonariuszy Służby Więziennej i innych służb. Odwołany rektor Michał Sopiński nie uznaje decyzji ministra i twierdzi, że dokument nie został mu doręczony. Resort sprawiedliwości odpowiada, że procedury zachowano, a decyzja jest ostateczna. Każda ze stron ma na to własne argumenty - i na razie żadna z nich nie została rozstrzygnięta przez niezależny sąd, a jedynie przez polityków i media obecne na miejscu.
Akademia Wymiaru Sprawiedliwości powstała w 2018 roku, gdy ministrem sprawiedliwości był Zbigniew Ziobro, jeszcze pod nazwą Wyższa Szkoła Kryminologii i Penitencjarystyki w Warszawie. Nazwę zmieniono w 2023 roku. Uczelnia jest placówką publiczną i jej głównym zadaniem jest kształcenie kadr dla Służby Więziennej, choć studiują w niej także osoby cywilne.
Michał Sopiński, zwany w mediach „30-latkiem w gronostajach”, objął funkcję rektora-komendanta jako człowiek związany ze środowiskiem Zbigniewa Ziobry. W czwartek resort sprawiedliwości poinformował, że minister Żurek po ponownym rozpatrzeniu sprawy utrzymał w mocy decyzję o jego odwołaniu, a obowiązki powierzył prof. AWS, dr. hab. Sławomirowi Cudakowi. Ministerstwo przekazało wtedy, że Cudak jest uprawniony do kierowania Akademią i reprezentowania jej na zewnątrz.
W piątek rano Cudak pojawił się w budynku, żeby tę decyzję zrealizować. „Proszę pozwolić mi wykonywać moje obowiązki, proszę mi umożliwić sprawowanie obowiązków rektora-komendanta” - apelował, powołując się na decyzję resortu i podkreślając, że jest legalnie sprawującym obowiązki rektorem-komendantem. Argument po drugiej stronie był prosty: Maria Kurowska przekonywała, że Cudak nie jest pracownikiem uczelni, a „rektor jest jeden” - i jej zdaniem pozostaje nim Sopiński. Sopiński napisał w czwartek na platformie X, że Cudak „został zwolniony w trybie natychmiastowym bez wypowiedzenia z AWS za ciężkie naruszenie praw pracowniczych”.
Ten spór o status Cudaka nie jest wyłącznie formalnością. Jeśli nie jest on pracownikiem Akademii, to - w narracji protestujących - nie może kierować uczelnią. Jeśli jest, to blokowanie mu dostępu do gabinetu jest zakłócaniem pracy organu uczelni. Na rozstrzygnięcie tego dylematu trzeba będzie albo decyzji sądu, albo nowych rozporządzeń resortu.
Role w tym sporze rozkładają się klarownie. Po jednej stronie jest minister sprawiedliwości jako organ, który powołuje i odwołuje rektora-komendanta uczelni służbowej, oraz jego nowy człowiek na tym stanowisku. Po drugiej odwołany rektor, jego zwolennicy w środowisku związanym ze Zbigniewem Ziobro i politycy PiS, którzy przyjechali pod budynek osobiście. Stawką jest realna kontrola nad instytucją kształcącą przyszłych funkcjonariuszy - a więc nad miejscem, w którym decyzje kadrowe przekładają się na codzienną praktykę służby.
Ministerstwo Sprawiedliwości już w maju wskazywało trzy główne powody, dla których Sopiński miał stracić stanowisko: poważne nieprawidłowości przy doktoratach, demonstracyjną aktywność polityczną oraz zagrożenie dla prawidłowej aplikacji kuratorskiej. Resort podkreślał wtedy, że decyzja została podjęta po uzyskaniu pozytywnych opinii Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Odwołany rektor od początku kwestionował legalność tego kroku, powołując się na zabezpieczenie Trybunału Konstytucyjnego i na brak formalnego doręczenia dokumentów. Ministerstwo odpierało te zarzuty, twierdząc, że procedury zostały zachowane.
Punktem spornym stał się sposób przekazania decyzji. Wiceszefowa Ministerstwa Sprawiedliwości Maria Ejchart potwierdziła w piątek, że dokument został doręczony. Wyjaśniła, że Sopiński „nie odbiera korespondencji od ministra sprawiedliwości już od dłuższego czasu” i zakazał jej odbioru również pracownikom Akademii, dlatego szef resortu zdecydował się na tak zwane doręczenie zastępcze, przewidziane w Kodeksie postępowania administracyjnego. Informację o ostatecznej decyzji przekazano mu za pośrednictwem funkcjonariuszy Służby Więziennej, którzy działali na podstawie decyzji dyrektora generalnego tej służby. „Funkcjonariusze SW doręczyli Sopińskiemu decyzję w sposób zastępczy, ponieważ on wyraźnie odmówił” jej przyjęcia - relacjonowała Ejchart.
Dla przeciwników odwołania to nie żadna prawidłowa procedura, a obejście prawa. Sopiński utrzymywał w TV Republika, że decyzja o jego odwołaniu nie została mu doręczona, a minister nie miał podstaw, żeby ją podejmować. Zwolennicy resortu odpowiadają, że adresat po prostu odmawiał odbioru pism, a instytucja doręczenia zastępczego istnieje dokładnie po to, by jedna strona nie mogła zablokować całej procedury samą odmową. Granica między tymi dwiema interpretacjami wyznacza temperaturę całego konfliktu.
Policja znalazła się w środku sporu. Komisarz Jacek Wiśniewski, rzecznik komendanta stołecznego policji, przekazał PAP, że w przypadku osób blokujących wejście dyspozycje do opuszczenia pomieszczenia wydał „aktualny rektor tejże uczelni”, trzykrotnie prosząc o opuszczenie, a ostatecznie „decyzją administratora budynku obiekt został zamknięty”. Potwierdził też, że w środku budynku znajduje się jedna z posłanek Prawa i Sprawiedliwości.
Rzeczniczka ministra sprawiedliwości Dominika Ziętara podkreślała, że działania resortu mają na celu egzekwowanie prawa, a obecność policji wynika z konieczności zapewnienia bezpieczeństwa i porządku. Minister Żurek skomentował całe zdarzenie krótko: „Państwo prawa działa i nie ustępuje przed krzykaczami”.
Z drugiej strony poseł Sebastian Kaleta zarzucił władzy wykorzystywanie policji do blokowania pracy parlamentarzystów i zapowiedział złożenie zawiadomienia do prokuratury. „Mamy do czynienia z bezprawnym zamachem na niezależną od rządu instytucję” - ocenił. Warto zauważyć, że oba te zdania opisują to samo wydarzenie: wejście jednej osoby do budynku w asyście funkcjonariuszy. Reszta to już ocena, kto w tym momencie reprezentował prawo, a kto tylko siłę.
Pod uczelnią pojawił się między innymi Adam Borowski, działacz opozycji demokratycznej w PRL i były kandydat na Rzecznika Praw Obywatelskich. Przyjechał też Jarosław Kaczyński oraz poseł Kaleta - żaden z polityków PiS nie został wpuszczony do środka. „Potrzebna jest odwaga, determinacja i zdolność do powiedzenia tej władzy »nie«” - mówił prezes PiS, apelując do władz niezależnych od rządu o podjęcie działań.
Prawicowe media nazywały odwołanie rektora „atakiem reżimu Tuska na niezależność uczelni”. Z drugiej strony jeden z wiceministrów ocenił Sopińskiego ostro, mówiąc, że „zachowuje się jak rektor-komediant”. Ta wymiana zdań pokazuje, jak szybko spór o obsadę jednego stanowiska zamienił się w spór o to, komu wolno decydować o uczelniach publicznych: ministrowi, środowisku akademickiemu, czy politykom, którzy przyjeżdżają pod budynek.
Akademia ma też własny kontekst personalny. Sopiński był jednym z najmłodszych rektorów w kraju - stąd medialne określenie „30-latek w gronostajach” - a jego kariera naukowa i administracyjna rozwijała się w okresie, gdy resortem sprawiedliwości kierował Zbigniew Ziobro. Zmiana na tym stanowisku po zmianie władzy jest więc czytana przez część komentatorów jako element szerszego porządkowania instytucji obsadzonych jeszcze za poprzednich rządów, a nie jako wyłącznie spór o jakość pracy jednego człowieka.
Warto pamiętać o proporcjach. Akademia Wymiaru Sprawiedliwości nie jest dużą uczelnią badawczą konkurującą o granty europejskie. Jest placówką kształcącą funkcjonariuszy, a więc instytucją, w której polityczne decyzje o kadrach mają bezpośrednie przełożenie na codzienną pracę służb. Dlatego każda zmiana na stanowisku rektora-komendanta odbija się nie tylko w Warszawie, ale i w zakładach karnych w całym kraju.
Liczby, które pojawiły się przy okazji tego konfliktu, robią wrażenie. Początkowy budżet uczelni w 2019 roku wynosił 7 milionów złotych, a zatrudnionych w niej było 20 osób. Po pięciu latach roczny koszt jej funkcjonowania wzrósł do 150 milionów złotych. Akademia dysponuje też nieruchomościami między innymi w Warszawie, Kaliszu i Zakopanem.
Ta dynamika jest jednym z powodów, dla których spór o rektora ma taką temperaturę - chodzi o instytucję, która w skali Polski nie jest marginalna, jeśli patrzeć na pieniądze i na majątek. Niezależnie od tego, kto ostatecznie będzie nią kierował, pytanie o uzasadnienie takiego tempa wzrostu wydatków pozostaje otwarte. Zarówno resort, jak i krytycy odwołania mówią o „prawidłowym funkcjonowaniu” uczelni, ale żadna ze stron nie przedstawiła przy tej okazji pełnego rozliczenia jej finansów.
Nieruchomości to osobny wątek. Budynki w Warszawie, Kaliszu i Zakopanem nie są dodatkiem do uczelni - to majątek publiczny, który przy zmianach organizacyjnych wymaga decyzji o dalszym przeznaczeniu. W sporze o rektora nikt publicznie nie wyjaśnił, jak wygląda stan prawny tych obiektów i kto dziś realnie za nie odpowiada. Przy budżecie rzędu 150 milionów złotych rocznie to pytanie równie istotne jak samo stanowisko rektora, bo zmiana władz uczelni oznacza zwykle także zmianę gospodarującego tym majątkiem.
W piątek po południu obraz sytuacji wyglądał następująco: prof. Cudak przebywał w budynku, objął obowiązki i - jak przekazała Maria Ejchart - zaczął podejmować pierwsze decyzje jako p.o. rektora-komendanta. Celem rektora jest w tej chwili, mówiła wiceszefowa resortu, uspokojenie sytuacji i zapewnienie ciągłości funkcjonowania uczelni. Nowy rektor zdążył już powołać nowych prorektorów, co potwierdziło RMF24. Oznacza to, że zmiana kadrowa nie ogranicza się do jednego stanowiska, ale obejmuje kolejne szczeble kierownictwa Akademii.
Sopiński nie złożył broni. Twierdzi, że nadal jest rektorem, i zapowiada dalszą walkę o swoje stanowisko, opierając się na zabezpieczeniu Trybunału Konstytucyjnego oraz na zarzucie niedoręczenia decyzji. Pojawia się tu pytanie, którego nikt na miejscu nie rozstrzygnął: co się stanie, jeśli sąd - administracyjny albo pracy - przyzna mu rację po tym, jak nowe władze uczelni zdążyły już podjąć własne decyzje kadrowe i organizacyjne. Odkręcanie takiej sytuacji byłoby znacznie trudniejsze niż samo jej zapobieżenie.
Na razie pewne jest jedno: publiczna uczelnia funkcjonuje w trybie awaryjnym, z dwoma ośrodkami władzy, pikietą przed drzwiami i policją w środku. Spór nie dotyczy już wyłącznie tego, kto jest lepszym rektorem. Dotyczy tego, ile w praktyce znaczy decyzja ministra, gdy adresat odmawia jej przyjęcia, i czy prawo administracyjne jest wystarczająco mocne, żeby taką blokadę przełamać bez użycia siły.
Do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez sąd warto trzymać się faktów, a nie narracji obu stron. Ta relacja opiera się wyłącznie na publicznych doniesieniach medialnych - informacjach Onetu i RMF24 z piątku 11 września - i. Zarówno liczby dotyczące budżetu uczelni, jak i cytaty polityków przytaczamy w brzmieniu, w jakim podały je te redakcje.