
Brytyjskie gospodarstwa przechodzą najgorszy w historii sezon choroby niebieskiego języka, znanej też jako bluetongue. Liczba przypadków przekroczyła już łączny wynik z trzech poprzednich sezonów, choć obecny sezon trwa dopiero od lipca.
Choroba atakuje między innymi owce i bydło, u których wywołuje gorączkę, owrzodzenia, obrzęk głowy oraz kulawiznę. U chorych zwierząt język może przybrać niebieski kolor, a nawet wysunąć się z pyska. W najcięższych przypadkach zwierzę umiera.
Wirus, który wywołuje chorobę, przenoszony jest przez kąsające meszki. Pochodzi z Afryki, a w ciągu ostatnich dwóch dekad stopniowo rozprzestrzenił się po Europie. Zdaniem Światowej Organizacji Zdrowia Zwierząt (World Organisation for Animal Health) proces ten ma związek z kryzysem klimatycznym. Szczep odpowiedzialny za obecne zachorowania, oznaczony jako serotyp 3 (BTV-3), po raz pierwszy wykryto w Anglii w 2023 roku.
Naukowcy wskazują, że szerzenie się choroby jest nierozerwalnie związane z temperaturą otoczenia. Transmisja wirusa zależy bowiem od warunków termicznych panujących wokół zwierząt. Wyższe temperatury napędzane kryzysem klimatycznym przekładają się na wzrost liczby przypadków odnotowywanych coraz dalej na północ. Właśnie dlatego choroba pojawia się w miejscach, w których dotąd jej nie notowano.
Z danych Defra wynika, że w sezonie trwającym od 1 lipca 2026 roku do 30 czerwca 2027 roku odnotowano dotąd 2201 przypadków, w tym 1103 we wrześniu. Defra uznaje za przypadek gospodarstwo, w którym przebywa co najmniej jedno zwierzę z chorobą niebieskiego języka, więc liczba zakażonych zwierząt jest prawdopodobnie wyższa niż liczba zgłoszonych przypadków.
Choroba nie zagraża ludziom ani bezpieczeństwu żywności. Hodowcy muszą jednak zachowywać „nieustanną czujność” - jak mówi Robyn Munt, wiceprezeska brytyjskiego National Farmers’ Union - i bez przerwy sprawdzać swoje zwierzęta pod kątem objawów.
Hodowcy mogą szczepić swoje zwierzęta, ale zdobycie szczepionek jest „naprawdę trudne” - jak przyznaje Munt - ponieważ to proces sterowany popytem. Wiceprezeska związku zwraca uwagę, że w roku, w którym gospodarstwa poniosły już ogromne, nieprzewidziane koszty związane z suszą, szczepienie zwierząt, a potem ewentualne leczenie chorych sztuk, to po prostu więcej pracy i stresu dla gospodarstwa.
Latem tego roku choroba po raz pierwszy przekroczyła granicę Szkocji - przypadki wykryto aż po Aberdeenshire, czyli najdalej na północ wysuniętym punkcie, w jakim dotąd ją odnotowano. Dla szkockich hodowców to nowa sytuacja - wcześniejsze sezony nie przynosiły tam zachorowań.