← Newsy Veritop Kultura

Brytyjskie teatry przeżywają wysyp horrorów, a twórcy zdradzają, jak straszą widzów

3 listopad 2026 · 2 min czytania ·
Zdjęcie: Zdjęcie własne (CMS)
Sam Beech przeżył noc, której długo nie zapomni. Teraz zamienia ją w sceniczny horror, a brytyjskie teatry stawiają na takie spektakle.

Była pierwsza w nocy, gdy Sam Beech zamykał salę weselną. Wracał do samochodu w zupełnej ciemności, kiedy odezwał się czujnik w aucie. Coś krążyło wokół pojazdu – najpierw przy przednim zderzaku, potem z tyłu. Trwało to pół godziny. Za każdym razem, gdy się odwracał, nie było nikogo. W końcu przestał patrzeć. Pomyślał, że jeśli nie spojrzy za siebie, to go nie dopadnie. Od tej nocy Beech nie lubi prowadzić po ciemku.

To doświadczenie przypominało scenę z Ghost Stories, sztuki Andy'ego Nymana z 2010 roku, którą Beech widział cztery razy. Teraz wykorzystał je we własnym przedstawieniu Blackout, które jeździ po Wielkiej Brytanii do 27 lutego. Siła tej historii nie tkwi w tym, co widać, ale w ciszy, pustce i poczuciu, że coś czai się w mroku.

Chris Fisher, autor iluzji do scenicznej wersji Paranormal Activity, mówi o efekcie Szczęk. Londyński Ambassador's Theatre gra ten spektakl do 27 lutego, potem rusza trasa po kraju. Zdaniem Fishera straszniej jest zobaczyć płetwę i usłyszeć muzykę niż mechaniczną głowę rekina. Twórcy często jednak przesadzają, a przecież chodzi o precyzję.

Przez lata królem teatralnego strachu była sztuka The Woman in Black z 1987 roku. Na skromnej scenie widz musiał sam wyobrazić sobie bryczkę i konia, więc dopowiadał sobie resztę. Po sukcesie Ghost Stories takich przedstawień przybywa. 2:22: A Ghost Story wciąż jeździ po kraju, Stranger Things: The First Shadow gra w londyńskim West Endzie, a w Bush Theatre Mei Leng Yew pokazała The Hungry Ghost, historię opętania opartą na chińskich tradycjach.

Carolyn Downing, odpowiedzialna za dźwięk w scenicznej wersji Milczenia owiec, porównuje straszenie do komedii. Wszystko musi być precyzyjne, bo wystarczy jeden moment nie w porę i mózg widza mówi: nie wierzę w to. Sukces polega na budowaniu napięcia, a prawdziwy wstrząs przychodzi wtedy, gdy widz już się rozluźnił. Jeśli się go spodziewa, nic z tego nie będzie.

Scenografka Ti Green, pracująca nad adaptacją Nawiedzonego domu Shirley Jackson z 1959 roku, uważa, że horror działa najlepiej, gdy wywraca się widzowi poczucie reguł. Zbudowała scenę z półprzezroczystej gazy, żeby dom wyglądał, jakby to on działał, a nie teatr.

W Blackout Beech chce, żeby nawiedzone wydawało się samo miejsce. Spektakl gra w każdym mieście tylko przez jedną noc, a publiczność dostaje rolę duchów przyglądających się próbie. Komediantka Kirsty Mann, która w lutym przywiezie do londyńskiego Soho Theatre swoje Corpse, twierdzi, że horror to ucieczka w najczystszej postaci. Fisher idzie dalej i mówi, że szukanie najstraszniejszego wieczoru robi się niemal jak narkotyk.

portret Marek Sobczak
Polska
Marek Sobczak
Dziennikarz polityczny w redakcji Veritop. Śledzi krajobraz polityczny, pracę Sejmu i sprawy samorządowe. Po pracy biega, a w domu czeka na niego jamnik o imieniu Stefek.
Artykuł powstał na podstawie publicznych doniesień medialnych.