
Kiedy słychać o remake’u uznanego klasyka, pierwsze pytanie brzmi: po co? Mike Flanagan, twórca nowego serialowego „Carrie”, w liście do krytyków przyznaje, że sam zadał je sobie, gdy zaproponowano mu projekt. W jego przypadku odpowiedź okazuje się jednak zaskakująco prosta. Historia nastoletniej przemocy, wyobcowania i telekinetycznej zemsty, którą Stephen King opisał w swoim debiutanckim horrorze, a Brian De Palma zamienił w film szokujący widzów od pół wieku, dziś wydaje się aktualniejsza niż kiedykolwiek. Bo jak zauważa recenzentka „Guardiana” Lucy Mangan, mamy teraz internet, a z nim bullying w wersji, o jakiej autorzy sprzed lat nie mogli nawet pomyśleć. Pytanie nie brzmi, po co remake, tylko czemu trwało to tak długo.
Flanagan rozwinął opowieść do ośmiu godzin, a w serialu widać już zapowiedzi drugiego sezonu. To więcej niż 98 minut, w których De Palma zamykał całą historię, ale nowa wersja nie puchnie od zbędnych wątków. Całość gra bardziej jak dramat o nastolatkach z pazurem niż krwawy horror, a do tego jest łagodniejsza od filmu. Serial zaczyna się od płonącej szkolnej hali, dramatycznych połączeń alarmowych i wieści o dwustu ofiarach, by później cofnąć się do wywiadów z uczniami, którzy znali Carrie. Jedni nazywają ją „cichą” czy „naprawdę dobrą”, inni „dręczycielką” albo „potworem”.
Samą Carrie gra Summer H Howell. Poznajemy ją w chwili, gdy policja, która wkracza do domu po śmierci jej ojca w pracy, znajduje dziewczynę ukrytą w „szafie modlitewnej” razem z matką Margaret, graną przez Samanthę Sloyan. Carrie była uczona w domu i nigdy nie wolno jej było wychodzić poza ogród, a mimo to nie jest przerażoną, złamaną postacią, jakiej moglibyśmy się spodziewać. Jest otwarta i ciekawa świata, co zważywszy na to, co ją czeka, ogląda się z bólem. Margaret z kolei nie przypomina religijnej fanatyczki z filmu. Konserwatywne chrześcijaństwo to jej świat, ale w serialu miesza się z prawdziwą miłością i strachem o córkę.
Najważniejszy jest tu jednak bullying. Słynna scena pod prysznicem tym razem rozgrywa się na telefonach, a nagranie trafia do sieci. Dręczycielka Chris, w którą wciela się Alison Thornton, dostaje w serialu motywy, a Sue, grana przez Sienę Agudong, od początku zmaga się z sumieniem.
Nowa Carrie nie ma surowej siły filmu De Palmy, ale ma inteligencję, dowcip i coś do powiedzenia o ogromnym potencjale dobra i zła, jaki drzemie w sercach nastolatków, oraz o tym, jak trudno nauczyć ich, w którą stronę pójść. Serial jest już dostępny na Prime Video.