
Noc z soboty na niedzielę była jedną z tych, które w bezpośrednim sąsiedztwie Polski nie miały od dawna swojego odpowiednika. W trakcie zmasowanego ataku Rosji na Ukrainę, w którym zginęły co najmniej trzy osoby, a co najmniej czterdzieści zostało rannych, doszło do trzech uderzeń dronowych bardzo blisko granicy Ukrainy i Polski – konkretnie w rejonie przejścia granicznego Dorohusk–Jagodzin. Polskie władze uspokajały, że przestrzeń powietrzna kraju nie została naruszona, a wśród pasażerów zaatakowanego pociągu nie było obywateli Polski. Mimo to sposób, w jaki przeprowadzono atak, skłonił premiera Donalda Tuska do zwołania pilnej odprawy służb i ministrów, a ekspertów do mówienia o szerszej, strategicznej operacji.
Sama surowość tego bilansu – trzy uderzenia dronowe w promieniu zaledwie kilku kilometrów od granicy państwa członkowskiego NATO – przywołuje pytanie, na które media i eksperci będą szukać odpowiedzi w kolejnych dniach: gdzie kończy się atak na Ukrainę, a zaczyna testowanie wytrzymałości sojuszu. Odpowiedź nie jest oczywista i obie strony sporu mają tu swoje, sprzeczne narracje.
Uderzenia zaczęły się nad ranem. Według relacji RMF24, około 800 metrów od przejścia w Dorohusku, po ukraińskiej stronie, w Jagodzinie, dron trafił w stację benzynową, uderzając w stojącą tam ciężarówkę. Rzeczniczka MSWiA Karolina Gałecka informowała później, że zapaliły się dwa pojazdy. Nieco dalej, w obwodzie wołyńskim, około 2 kilometrów od polskiej granicy, kolejny bezzałogowiec uderzył w lokomotywę pociągu pasażerskiego relacji Kijów – Warszawa.
Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz przekazał, że oprócz uderzenia 800 metrów od granicy odnotowano również inne uderzenie drona w odległości około 5 kilometrów od Polski. Wcześniej, komentując nocny atak, mówił o dronie, który uderzył kilometr od granicy, oraz o drugim – oddalonym o pięć kilometrów. Polskie Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych po godzinie 4 w niedzielę poinformowało o operowaniu lotnictwa wojskowego w polskiej przestrzeni powietrznej w związku z aktywnością rosyjskich bezzałogowych statków powietrznych wykonujących uderzenia na terytorium Ukrainy. Sama skala reakcji – podniesienie lotnictwa, pilna odprawa, komunikaty służb – pokazuje, że żadnego z tych uderzeń nie potraktowano lekko, nawet jeśli żadne nie przekroczyło polskiej granicy.
Najwięcej uwagi przykuł los pociągu pasażerskiego Kijów – Warszawa. Ukraińska spółka kolejowa Ukrzaliznycia przekazała, że to już drugi dzień z rzędu wróg atakuje kolej. „Dzisiaj w obwodzie wołyńskim, w odległości 2 km od granicy z Polską, wróg uderzył w lokomotywę pociągu pasażerskiego” – napisał przewoźnik na Telegramie. Kolejowy zespół monitorujący ataki dronów z wyprzedzeniem ostrzegł załogę o zagrożeniu, dzięki czemu nikt nie ucierpiał. Straż pożarna nie miała w tym wypadku pracy, ale samo zdarzenie wstrząsnęło pasażerami, a w mediach społecznościowych pojawiło się nagranie, na którym widać unoszące się z lokomotywy kłęby czarnego dymu i uciekających ludzi.
Na pokładzie było 206 osób, a wśród pasażerów nie było obywateli Polski – przekazało biuro prasowe PKP Intercity. Do ataku doszło przed przejęciem pociągu przez stronę polską. Około godziny 16:00 skład dotarł do stacji docelowej Warszawa Wschodnia, a opóźnienie wyniosło około 370 minut. Niemiecki „Der Spiegel” podał w niedzielę po południu, że wśród pasażerów znalazł się jeden z najbliższych doradców kanclerza Niemiec Friedricha Merza – informację tę, pochodzącą z publicznych doniesień i niepotwierdzoną przez polskie służby, trudno zweryfikować w tym momencie niezależnie. Gdyby się potwierdziła, atak nabierałby zupełnie innej wagi – także symbolicznej.
Ekspert portalu defence24 Bartłomiej Wypartowicz, mówiąc w Radiu RMF24, nie miał wątpliwości: „To było celowe uderzenie koordynowane przez człowieka”. Podkreślał, że wróg po raz drugi z rzędu atakuje kolej, co wskazuje nie na przypadek, lecz na przemyślaną taktykę wymierzoną w ukraińską infrastrukturę transportową.
Jeszcze szerzej patrzy na to ppłk Maciej Korowaj. W rozmowie z Onetem ocenił, że zdarzenia należy odczytywać jako „część większej operacji”, którą – jak zauważył – opisał na platformie X w tekście „Mgła wojny” kilka dni przed tym, zanim wszystko się zaczęło. Jego zdaniem działania Rosjan trzeba rozpatrywać w szerszym kontekście strategicznym. Ekspert zwracał uwagę na asymetryczny charakter prowadzonej przez Putina walki wobec krajów Europy, który trudno sprowadzić do pojedynczych, wyizolowanych incydentów.
Resort obrony Rosji, cytowany przez AFP, stwierdził, że przeprowadzony w niedzielę wczesnym rankiem ostrzał celów w zachodniej Ukrainie, w tym infrastruktury kolejowej, „był wymierzony w cele o charakterze militarnym”. Zgodnie z komunikatem celem ataku było „uderzenie w infrastrukturę kolejową w zachodniej Ukrainie, wykorzystywaną do transportu ładunków wojskowych z Europy”. Komunikat opublikowano w czasie, gdy władze Polski i Ukrainy potępiały atak na pociąg pasażerski łączący stolice obu państw.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski uznał niedzielny atak za zamierzony i przeprowadzony z rozmysłem. Jego zdaniem Rosja „wzięła na cel ukraińską infrastrukturę kolejową i energetyczną, a także obiekty cywilne, zwłaszcza na zachodzie Ukrainy”. Ukrzaliznycia przekazała z kolei, że ataki na infrastrukturę kolejową mają charakter „systemowy”, przez co każdego dnia koleje muszą zmagać się z ogromną liczbą utrudnień, opóźnień, koniecznością przekierowywania składów, a także organizacją ewakuacji pasażerów ze składów uszkodzonych w atakach. To rzuca światło na skalę problemu, z którym ukraiński system kolejowy mierzy się na co dzień, a nie tylko w pojedyncze, głośne noce.
Premier Donald Tusk zareagował tego samego dnia. Zwołał na godzinę 17:00 naradę w siedzibie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa z udziałem szefów MON, MSWiA i dowództwa poszczególnych służb – poinformował rzecznik rządu Adam Szłapka. Było to pokłosie ataków Federacji Rosyjskiej w bezpośrednim sąsiedztwie Polski. Odprawa w tak szybkim tempie, w niedzielę, o godz. 17:00, świadczy o tym, jak poważnie rząd potraktował zdarzenia sprzed zaledwie kilkunastu godzin.
Odnośnie do ataku na pociąg premier był ostrożny. „Nie mogę powiedzieć, że są nieprawdziwe, ale my nie potwierdzamy takich zdarzeń” – mówił o informacjach, które „pojawiały się nie tylko u nas w mediach, ale też w niektórych relacjach ze strony ukraińskiej”. Taka ostrożność – charakterystyczna dla komunikacji rządowej w sytuacjach wrażliwych – pozostawia pole do pytań o to, co dokładnie udało się potwierdzić służbom, a co wciąż pozostaje w sferze doniesień. Rzecznik Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych ppłk Jacek Goryszewski ocenił natomiast wprost, że dla Polski „zagrożenie było realne”.
Polska obrona powietrzna pozostawała w gotowości. Szef MON zapewnił, że polskiej strefy powietrznej pilnowały samoloty F16, śmigłowce oraz samolot rozpoznania powietrznego SAAB, i podkreślił, że nie doszło do naruszenia polskiej granicy. Kosiniak-Kamysz pisał też o zmianie rosyjskiej taktyki: nad ranem systemy odnotowały atak kilkunastu odrzutowych dronów Geran-5 w zachodniej Ukrainie, a Rosjanie coraz częściej wypuszczają takie maszyny po kilka sztuk, absorbując w ten sposób ukraińską obronę. To szczegół, który eksperci wojskowi czytają jako próbę przeciążenia systemów obrony powietrznej, a nie tylko zwiększenia szkód.
Ton polskich i ukraińskich polityków był jednoznaczny. Przebywający w niedzielę w Kijowie wicepremier i szef MSZ Radosław Sikorski napisał na platformie X: „Putin eskaluje”. Z kolei minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha ocenił, że to „terroryzm Putina, który »puka« bezpośrednio do drzwi UE i NATO” i że „rosyjscy barbarzyńcy stoją u waszych bram”. Szef MSWiA Marcin Kierwiński potwierdził ataki i dodał, że wydarzenia traktuje się „z najwyższą powagą”, a sytuacja jest na bieżąco monitorowana: „Rosja to wróg wolnego świata”.
W siedzibie RCB padały mocne słowa o tym, że „eskalacja stała się faktem”. Polska nie pozostała jednak bierna – premier zwołał służby, lotnictwo działało w przestrzeni powietrznej, a mieszkańcy przygranicznych powiatów oczekiwali w nocy na alerty RCB, o czym pisały media. Mimo że zdarzenia rozegrały się po ukraińskiej stronie granicy, ich polityczny ciężar dotyczył w równym stopniu Warszawy, Kijowa i Brukseli.
Wciąż otwarte pozostaje pytanie o intencje Kremla i o to, czy atak w bezpośrednim sąsiedztwie polskiej granicy był sygnałem wysłanym pod adresem NATO i UE. Niezależnie od interpretacji, fakt pozostaje faktem: po raz kolejny rosyjskie drony znalazły się na tyle blisko polskiej linii, że załogi polskiego lotnictwa wojskowego uniosły maszyny w powietrze, a rząd zebrał się na pilnej odprawie.
Doniesienia o możliwym „celowym uderzeniu” w pociąg, o obecności zagranicznych pasażerów na pokładzie czy o pełnej skali rosyjskiej operacji wymagają jeszcze niezależnej weryfikacji. Informacje zgromadzone w tym tekście pochodzą wyłącznie z publicznych doniesień medialnych Onetu i RMF24 oraz cytowanych przez nie komunikatów i wypowiedzi;.
Warto też pamiętać, że ta noc nie była odosobniona w kalendarzu ukraińskich kolei. Ukrzaliznycia mówiła wprost o systemowym charakterze ataków, co oznacza, że pociąg Kijów – Warszawa nie był celem przypadkowym, lecz częścią szerszego wzorca, w którym każdy dzień przynosi opóźnienia, przekierowania i ewakuacje. Polska, jako kraj sąsiadujący, obserwuje te zjawiska z bliska i w najbliższych tygodniach z pewnością będzie ona w centrum uwagi – także pod kątem tego, jak dalece kraj ten jest gotów reagować na uderzenia dziejące się tak blisko jego granic.
Czy niedzielne wydarzenia zapiszą się jako punkt zwrotny w postrzeganiu bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO, czy pozostaną kolejnym, głośnym, ale pojedynczym incydentem w długiej wojnie – tego nie da się dziś przesądzić. To, co wiadomo, to że polskie służby i wojsko zareagowały natychmiast, a politycy obu krajów uznali sytuację za skrajnie poważną. Reszta należy do weryfikacji faktów i do tego, jak rozwinie się sytuacja w kolejnych dniach.
Warto też pamiętać, że ta noc nie była odosobniona w kalendarzu ukraińskich kolei. Ukrzaliznycia mówiła wprost o systemowym charakterze ataków, co oznacza, że pociąg Kijów – Warszawa nie był celem przypadkowym, lecz częścią szerszego wzorca, w którym każdy dzień przynosi opóźnienia, przekierowania i ewakuacje. Polska, jako kraj sąsiadujący, obserwuje te zjawiska z bliska i w najbliższych tygodniach z pewnością będzie ona w centrum uwagi – także pod kątem tego, jak dalece kraj ten jest gotów reagować na uderzenia dziejące się tak blisko jego granic.
Czy niedzielne wydarzenia zapiszą się jako punkt zwrotny w postrzeganiu bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO, czy pozostaną kolejnym, głośnym, ale pojedynczym incydentem w długiej wojnie – tego nie da się dziś przesądzić. To, co wiadomo, to że polskie służby i wojsko zareagowały natychmiast, a politycy obu krajów uznali sytuację za skrajnie poważną. Reszta należy do weryfikacji faktów i do tego, jak rozwinie się sytuacja w kolejnych dniach.