← Newsy Veritop Tech

Baterie i AI: dwie twarze technologicznego wyścigu Europy

12 wrzesień 2026 · 7 min czytania · Newsy Veritop
Zdjęcie: CC BY-SA 2.0
W tym samym tygodniu europejscy producenci baterii ogłosili upadłość, a Google zapowiedział największą pojedynczą inwestycję w historii swojej działalności w Europie. Dwie wiadomości, jedna historia: kontynent, który wciąż nie wie, czy w wyścigu technologii ma biec, czy tylko patrzeć.

W jednym tygodniu przyszły dwie wiadomości, które na pierwszy rzut oka niewiele mają ze sobą wspólnego. Europejscy producenci baterii ogłosili upadłość, a Google zapowiedział największą pojedynczą inwestycję w historii swojej działalności w Europie. A jednak obie historie opowiadają o tym samym: o kontynencie, który wciąż nie rozstrzygnął, czy w technologicznym wyścigu ma biec, czy tylko przyglądać się z trybun.

To zdumiewający zbieg okoliczności, że oba wydarzenia przypadły na ten sam tydzień. Szwecja i Norwegia straciły swoich bateryjnych championów. Holandia pokłada nadzieje w rozwiązaniu mierzonym w nanometrach, czyli jednej miliardowej metra. Finlandia wykłada na stół kartę, której nie ma niemal nikt inny: tanią, czystą energię i klimat, który sam chłodzi serwerownie. Razem składa się z tego portret Europy, która wciąż potrafi przyciągnąć kapitał, ale ma problem z cierpliwością do własnych przemysłów.

Pytanie, jakie zadają sobie unijni decydenci, nie brzmi już tylko: czy zdążymy. Coraz częściej brzmi: dokąd właściwie zmierzamy. Bo jedno to przyciągać cudze inwestycje, a drugie to samemu budować przemysły, od których zależeć będzie następne dwie dekady gospodarki. Tygodnie takie jak ten pokazują różnicę między tymi dwoma drogami w skali, którą trudno zignorować.

Bankructwa, które bolą

Europejski sektor bateryjny ma za sobą jeden z najgorszych tygodni w swojej krótkiej, ale burzliwej historii. Jak wynika z doniesień BBC, szwedzki Northvolt i norweski Morrow złożyły wnioski o upadłość. Northvolt przez lata uchodził za najpoważniejszą europejską odpowiedź na azjatyckich producentów ogniw; jego upadek to symbol czegoś więcej niż kłopoty jednej spółki. BBC wprost pisze o obawach, że Europa po raz kolejny przegapiła technologiczną zmianę.

To nie musiało tak wyglądać. Kierunek, w którym podąża świat, grał na korzyść producentów ogniw: transport i przemysł odchodzą od paliw kopalnych na rzecz elektryczności, a każdy taki krok pcha popyt na baterie w górę. Branża wydaje się wręcz skazana na wzrost. Tyle że między zapowiedzią a produktem, który można sprzedać, leży wiele lat pracy, a w tym czasie konkurencja nie stoi w miejscu.

Upadłość dwóch flagowych spółek to także lekcja na przyszłość dla całej unijnej polityki przemysłowej. Jeśli dwie najbardziej obiecujące firmy kontynentu nie przetrwały drogi od deklaracji do fabryki, to znaczy, że problem nie leży w pojedynczych projektach, tylko w warunkach, w jakich powstają. Na to nakłada się jeszcze jedno: strach przed kolejną straconą dekadą, który BBC nazywa wprost obawą przed przegapieniem kolejnej zmiany technologicznej.

Czas i Chiny

BBC nie zostawia złudzeń, gdzie leży sedno problemu. Czas potrzebny na wprowadzenie nowego produktu na rynek, w połączeniu z brutalną konkurencją, przede wszystkim ze strony Chin, oznacza podejmowanie ogromnego ryzyka. W branży, która wymaga miliardów na fabryki i lat na dopracowanie technologii, każda zwłoka kosztuje podwójnie.

O tym, z kim naprawdę walczy Europa, najwięcej mówi podpis pod zdjęciem towarzyszącym artykułowi BBC: chińskie firmy dominują w produkcji baterii. To już nie jest spór o to, kto wymyśli kolejną technologię, tylko o to, kto potrafi ją wytwarzać tanio, szybko i na masową skalę. Europejski gracz wchodzi na rynek, który jest już zajęty, i musi dorównać konkurentowi, który ma za sobą lata skali i niższych kosztów. Do tego dochodzi specyfika sektora: błędy bywają kosztowne na tyle, że nie wybacza ich nawet rosnący popyt.

Warto jednak pamiętać, że to branża, która wciąż wierzy we własne możliwości. BBC zwraca uwagę, że skoro transport i przemysł odchodzą od paliw kopalnych, baterie pozostają biznesem o niemal gwarantowanym popycie. Pytaniem otwartym jest tylko, kto na tym popycie zarobi: ktoś, kto ma już fabryki, czy ktoś, kto dopiero je buduje. Z odpowiedzią na to pytanie wiąże się też przyszłość tysięcy miejsc pracy i pozycja kontynentu w łańcuchach dostaw, które dopiero się tworzą.

Nadzieja w nanometrach

Skoro wielcy padli, gdzie szukać wyjścia? Coraz więcej inwestorów i badaczy wskazuje na skalę, którą trudno sobie wyobrazić. Pojedynczy nanometr to jedna miliardowa metra i właśnie na tym poziomie, jak pisze BBC, toczy się obecnie część najbardziej obiecujących prac w branży.

Holenderska firma LeydenJar, nazwana na cześć osiemnastowiecznego prekursora ogniw elektrycznych, wykorzystuje technikę osadzania plazmowego, by produkować lżejszą i wydajniejszą anodę, czyli kluczowy element każdej baterii. Krzem to tani i skuteczny materiał na anody, ale ma poważną wadę: czysty krzem rozszerza się i kurczy podczas pracy oraz ładowania ogniwa, co prowadzi do pękania. LeydenJar układa warstwa po warstwie ultracienką folię z czystego krzemu, która według firmy opiera się tym naprężeniom. Efekt ma być znaczący: większa żywotność baterii, szybsze ładowanie i wyższa gęstość energii, nawet o 50 procent według szacunków samego producenta.

Szef LeydenJar Christian Rood nie udaje, że to łatwa gra. Jeśli to zadziała, dotknie tak wielu gałęzi przemysłu, ale to ryzykowny biznes, mówi w rozmowie z BBC. I dodaje: tam, gdzie normalnie anoda z czystego krzemu by się rozpadła, ta pozostaje stabilna, więc to był naprawdę piękny wynalazek. Obie wypowiedzi świetnie pokazują paradoks całego sektora. Technologia, która może zmienić branżę, istnieje, ale zanim trafi do masowej produkcji, miną lata, a to właśnie ta zwłoka kosztowała europejskich producentów najwięcej. Innowacja bez zdolności do szybkiego wdrożenia to w tej grze dopiero połowa sukcesu.

13 miliardów w Finlandii

Zupełnie inną stronę technologicznego wyścigu pokazała w tym tygodniu Finlandia. Google ogłosił największą pojedynczą inwestycję w Europie: 13 miliardów euro, czyli około 11 miliardów funtów, na infrastrukturę sztucznej inteligencji. Pieniądze mają sfinansować trzy nowe centra danych, rozbudowę istniejącego obiektu oraz projekty energetyczne, które zasilą rosnący popyt na usługi AI. Według szacunków koncernu inwestycja wesprze ponad 37 tysięcy miejsc pracy w trakcie budowy i zwiększy fiński PKB o 3,6 miliarda euro rocznie. Prace mają ruszyć w latach 2027 i 2028.

Nowe centra powstaną w Kajaani, Muhos i Vaala, a koncern rozbuduje jednocześnie obiekt w Haminie, który powstał po przerobieniu papierni w 2009 roku. Firma komentuje to przedsięwzięcie bez skromności: to największa pojedyncza inwestycja Google w Europie i dowód fińskiego przywództwa w odpowiedzialnym budowaniu infrastruktury AI. Trudno się z tym spierać, bo skala przedsięwzięcia robi wrażenie nawet w zestawieniu z podobnymi ogłoszeniami innych gigantów technologicznych w ostatnich miesiącach. Warto też zauważyć, że część tej kwoty trafi nie do samej Finlandii, lecz w projekty energetyczne, bez których żadne centrum danych nie ruszy.

Jest w tej decyzji też druga, mniej wygodna dla Europy prawda. Google wybiera Finlandię nie dlatego, że chce wspierać unijne ambicje przemysłowe, tylko dlatego, że znajdzie tam to, czego potrzebuje: prąd, chłód i stabilne otoczenie biznesowe. Kontynent przyjmuje więc miliardy, ale w zamian odstępuje od budowy własnych czempionów w dziedzinach, które mają strategiczne znaczenie.

Energia jako nowy surowiec

Najważniejsza jest jednak energia, która stoi za tymi pieniędzmi. Google podpisał z fińskim koncernem Fortum 22-letni kontrakt na zakup nawet połowy mocy elektrowni jądrowej Loviisa. BBC tłumaczy, że to element szerszej gry: koncerny technologiczne ścigają się dziś o dostęp do prądu, bo boom na sztuczną inteligencję generuje ogromne zapotrzebowanie na centra danych. W świecie AI energia przestała być zwykłym wydatkiem operacyjnym, a stała się strategicznym zasobem, o który umowy zawiera się na dwie dekady z góry. Rezerwowanie połowy mocy jednej elektrowni atomowej pokazuje, jak poważnie giganci traktują ten wyścig.

Finlandia nie trafiła na radar koncernów przypadkiem. BBC wymienia trzy przewagi tego kraju: chłodny klimat, duże zasoby niskoemisyjnej energii i stosunkowo nieobciążoną sieć przesyłową. Niższe temperatury oznaczają mniej energii potrzebnej do chłodzenia serwerów, a to jedna z największych pozycji w kosztach każdego centrum danych. Do tego dochodzi polityka: premier Petteri Orpo nazwał decyzję Google jasnym świadectwem fińskich atutów i przekonywał, że wartość gospodarki danych wykracza daleko poza samą inwestycję, bo napędza innowacje, badania i rozwój.

Kilkanaście dni wcześniej ten sam trop wybrał TikTok, zapowiadając inwestycję miliarda dolarów w centrum danych w Kouvoli. Firma tłumaczyła się silną cyfrową infrastrukturą kraju, czystym miksem energetycznym, solidnymi zasadami zarządzania danymi i wykwalifikowanymi kadrami. Dwa koncerny w niespełna dwa tygodnie to sygnał, że północ Europy stała się jednym z najważniejszych placów budowy cyfrowej infrastruktury świata, a energia niskoemisyjna stała się walutą, którą mało kto może dziś zaoferować w takiej ilości.

Co z tego wynika

Bankructwa bateryjnych championów i miliardowe zakłady na fińską energię to dwie strony tej samej historii. Europa potrafi przyciągnąć kapitał, gdy ma do zaoferowania coś konkretnego: energię, stabilność, kompetencje, a nawet klimat, który obniża rachunki za prąd. Gorzej wychodzi jej tam, gdzie sama musi zbudować przemysł od zera, w konkurencji z producentami, którzy mają za sobą lata skali i niższych kosztów.

Wniosek, jaki się narusza, jest dwuznaczny. Z jednej strony Europejczycy wciąż potrafią wymyślić technologię, której nikt inny nie ma, jak nanometrowe anody LeydenJar. Z drugiej strony to, co wymyślą, musi przetrwać lata dojrzewania, zanim zacznie zarabiać, a w międzyczasie rynek potrafi zmienić się nie do poznania. BBC przypomina o obawie, że kontynent mógł właśnie przegapić kolejną technologiczną rewolucję. Odpowiedź poznamy, gdy pierwsze krzemowe anody trafią do masowej produkcji, a fińskie centra danych zbudowane w latach 2027 i 2028 zaczną pracować na pełnych obrotach.

Na razie wiemy jedno: pieniądze w Europie wciąż się znajdują. Gorzej bywa z cierpliwością i ze zdolnością do przetrwania długiej drogi między laboratorium a linią produkcyjną. Ktoś, kto wymyśli technologię jutra, jeszcze nie wygrał wojny o przemysł; wygrywa ją ten, kto pierwszy zacznie ją produkować na skalę, na jaką czeka świat. Najbliższe lata pokażą, czy Europa znajdzie sposób, by w tej wojnie nie być tylko polem bitwy.

Informacje przedstawione w tym artykule pochodzą z publicznych doniesień medialnych, przede wszystkim BBC,.

portret Tomasz Wiśniewski
Tech / Nauka
Tomasz Wiśniewski
Redaktor technologiczny. Interesuje się sztuczną inteligencją, startupami i nowymi mediami, a także odkryciami naukowymi. Wielbiciel science fiction i gier planszowych.
Artykuł powstał na podstawie publicznych doniesień medialnych.