← Newsy Veritop Zdrowie

Glutation, czyli środek, którym strażacy walczą z toksynami po pożarach. Związek ostrzega: nie wiemy, czy działa

12 wrzesień 2026 · 8 min czytania · Newsy Veritop
Zdjęcie: Zdjęcie własne (CMS)
Po niszczycielskich pożarach w Kalifornii strażacy sięgają po glutation, by oczyścić organizm ze szkodliwych substancji. Związek zawodowy ostrzega: brak badań, kłopoty z czystością preparatów i ryzyko, że to tylko efekt placebo.

Dni po tym, jak pomógł ugasić pożar Eaton w Los Angeles, kapitan straży pożarnej w Pasadenie David Marquez wdychał swoją pierwszą dawkę glutationu, stojąc na poboczu drogi w pobliżu stadionu Rose Bowl. "Mieliśmy problemy ze snem. Przewlekły kaszel, ból głowy, zmęczenie - naprawdę ciężki zestaw objawów po pożarze" - wspomina. "Poczułem się znacznie lepiej natychmiast po najgorszym narażeniu w mojej karierze" - dodaje weteran z ponad 25-letnim stażem, który od lat zmaga się z problemami zdrowotnymi.

To doniesienie brytyjskiego nadawcy publicznego BBC pokazuje, jak daleko sięga desperacja funkcjonariuszy, którzy każdego roku gaszą pożary w coraz trudniejszych warunkach i wracają do domów z ciałami obciążonymi substancjami, których nikt w pełni nie zbadał. "Byliśmy tak zdesperowani, bo było nam tak źle, że gotowi byliśmy spróbować praktycznie czegokolwiek" - mówi Marquez, który sam przyznaje, że od lat boryka się z problemami zdrowotnymi związanymi z pracą.

Opowieść o glutationie w środowisku strażaków to jednak nie tylko historia jednego człowieka. To okno na szerszy problem: zawód, który każdego dnia płaci zdrowiem za akcje ratownicze, oraz nauka, która wciąż nie nadąża z odpowiedziami na pytania o długofalowe skutki narażenia na dym.

Pożar, który zmienił kalifornijskie lato

Kontekstem tej historii jest pożar Eaton, który stał się drugim najbardziej niszczycielskim pożarem w historii Kalifornii. Zabił 19 osób i zniszczył około 9 tysięcy budynków. Skala zniszczeń i czas, jaki upływał, zanim udało się opanować ogień, sprawiły, że strażacy spędzili setki godzin w środowisku pełnym gęstego, toksycznego dymu powstałego ze spalania domów, samochodów i przedmiotów codziennego użytku.

To, czym oddychali podczas akcji, nie przypominało zwykłego dymu z ogniska. W skład mieszaniny wchodzą związki, które naukowcy od dawna łączą z chorobami układu oddechowego, a także z kilkoma rodzajami nowotworów. Dlatego właśnie pierwsze dni po wygaszeniu ognia bywają dla strażaków równie trudne jak sama akcja - pojawiają się objawy, które trudno zrzucić na karb zwykłego przeziębienia.

Naukowcy od dawna wiedzą, że wdychanie toksycznego dymu z pożaru może wywołać ogromną gamę chorób, w tym kilka rodzajów nowotworów. Pierwsi respondenci, jak strażacy, są na to szczególnie narażeni, bo z dymem obcują zawodowo, przez dekady, a nie incydentalnie. Według amerykańskiego Narodowego Instytutu Bezpieczeństwa i Higieny Pracy (NIOSH) strażacy mają o 14 procent wyższe ryzyko zgonu z powodu raka w porównaniu z ogólną populacją Stanów Zjednoczonych.

Czym jest glutation i skąd pomysł na jego stosowanie

Glutation to przeciwutleniacz, który naturalnie wytwarza ludzki organizm. W ostatnich latach stał się przedmiotem rosnącego zainteresowania środowiska strażackiego, bo - w teorii - może wspierać usuwanie z organizmu niektórych substancji rakotwórczych, które funkcjonariusze wchłaniają podczas akcji gaśniczych.

Środek bywa oferowany podczas niektórych z największych pożarów w Stanach Zjednoczonych. BBC wskazuje, że taki zabieg przeprowadzono między innymi w Spokane w stanie Waszyngton. Klinicyści i wydziały straży pożarnej od lat zbierają jednakowe relacje funkcjonariuszy, którzy po zastosowaniu glutationu zgłaszają poprawę samopoczucia. To właśnie te anegdotyczne, choć nierzadko spektakularne relacje napędzają popularność metody.

Postawa otoczenia, w którym strażacy pracują, jest ostrożna. Nie przeprowadzono dotąd żadnych badań na szeroką skalę, które potwierdziłyby bezpieczeństwo i skuteczność glutationu w leczeniu skutków narażenia na dym pożarowy. Wszystko, co wiadomo, opiera się na pojedynczych przypadkach i subiektywnych deklaracjach, a nie na kontrolowanych próbach klinicznych.

Ostrzeżenie związku zawodowego

Właśnie brak twardych danych skłonił Międzynarodowe Stowarzyszenie Strażaków (IAFF), reprezentujące ponad 360 tysięcy funkcjonariuszy w USA i Kanadzie, do wydania rzadkiego ostrzeżenia w sprawie glutationu. Organizacja zwróciła uwagę na dwa niedawne wycofania produktów z rynku spowodowane zanieczyszczeniami w aptekach recepturowych, które produkują glutation.

To nie jest drobiazg. Skoro środek ma oczyszczać organizm z toksyn, jego własna czystość staje się kwestią kluczową. Zanieczyszczona partia nie tylko nie pomaga, ale może wyrządzić dodatkową szkodę. Dla organizacji, która reprezentuje setki tysięcy funkcjonariuszy, to argument, by apelować o rozwagę zamiast popierać entuzjastyczne relacje pojedynczych użytkowników.

IAFF przytoczyło też wyniki badań naukowych nad innymi, powszechnie występującymi w naturze witaminami, które - wbrew oczekiwaniom - zwiększały, a nie zmniejszały ryzyko raka. Co istotne, żadna z tych witamin nie jest wykorzystywana w terapii glutationem, a związek nie sugeruje, że glutation działa podobnie. Związek podał ten przykład jako przestrogę: naturalne pochodzenie substancji wcale nie gwarantuje jej bezpieczeństwa, a wiara w lecznicze działanie suplementów bywa jednakowo silna, jak zawodna.

"Nie wiemy, czy to działa"

Sean DeCrane, asystent prezydenta generalnego IAFF ds. zdrowia i bezpieczeństwa, nie zostawia złudzeń. "Nie wiemy, czy glutation jest skuteczny. Nie wiemy, czy to efekt placebo. Nie znamy długoterminowych skutków tego typu leczenia" - mówi w rozmowie z BBC.

To kluczowy problem całej debaty. Funkcjonariusze, którzy po narażeniu na dym szukają jakiejkolwiek ulgi, często działają szybciej, niż nauka jest w stanie dostarczyć im twardych odpowiedzi. Z jednej strony ich ciała niosą realne, namacalne skutki wdychania toksyn - przewlekły kaszel, bóle głowy, uporczywe zmęczenie, problemy ze snem. Z drugiej strony nie ma badań, które potwierdziłyby, że glutation w ogóle dociera tam, gdzie powinien, że preparaty na rynku są wystarczająco czyste i że korzyść przewyższa ryzyko.

Wypowiedź DeCrane'a jest tym bardziej istotna, że pada z ust przedstawiciela organizacji, która stoi po stronie strażaków. To nie głos sceptyka z zewnątrz, ale kogoś, kto na co dzień odpowiada za zdrowie setek tysięcy ludzi w służbie. Jego ostrożność nie wynika z lekceważenia ich cierpień, lecz z naukowego realizmu: dopóki nie ma danych, nie ma też podstaw, by rekomendować metodę jako skuteczną. To stanowisko, które trudno uznać za nadmierną przezorność, gdy stawką jest zdrowie ludzi oddających życie zawodowi.

Skąd biorą się obiecujące sygnały

Nawet krytycy metody nie zaprzeczają, że relacje funkcjonariuszy bywają pozytywne. Dowody, na których opierają się zwolennicy glutationu, gromadzą klinicyści i wydziały straży pożarnej pracujące z ludźmi po wielkich pożarach. To oni notują poprawę samopoczucia, lepszy sen czy ustępowanie kaszlu wkrótce po zastosowaniu środka.

Problem polega na tym, że taki zbiór obserwacji jest z natury rzeczy pełen luk. Brakuje grupy kontrolnej, losowania uczestników czy placebu w drugiej grupie - standardów, bez których trudno odróżnić realne działanie substancji od naturalnej poprawy z upływem czasu albo właśnie efektu placebo. Tymczasem potężna potrzeba ulgi po ciężkiej akcji potrafi sprawić, że człowiek dostrzega poprawę tam, gdzie obiektywnie jej nie ma.

Z tych powodów środowisko naukowe i związkowe apeluje, by na anegdoty patrzeć przyjaźnie, ale sceptycznie: jako na sygnał godny zbadania, a nie dowód działania. Każda pozytywna relacja powinna - w idealnym świecie - stać się punktem wyjścia do rzetelnego badania, a nie reklamą metody dla wszystkich pozostałych.

Wzrost zainteresowania niezweryfikowanymi metodami

Historia glutationu wpisuje się w szerszy trend dostrzegany przez ekspertów. Wraz z rosnącą świadomością zagrożeń, z jakimi mierzą się pierwsi respondenci, rośnie też zainteresowanie alternatywnymi - ale często niepotwierdzonymi i potencjalnie niebezpiecznymi - terapiami. Desperacja i psychiczne obciążenie po wielkich akcjach sprawiają, że funkcjonariusze bywają bardziej otwarci na rozwiązania bez solidnych podstaw naukowych.

Przypadek Marqueza jest symptomatyczny. Mężczyzna, który po największym narażeniu w i tak już ciężkiej karierze szukał natychmiastowej ulgi, jest jednocześnie najlepszym rzecznikiem glutationu i - paradoksalnie - dowodem na to, jak wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Subiektywne poczucie poprawy nie zastąpi wyników kontrolowanych badań klinicznych, ale trudno winić człowieka, który po latach służby po prostu chce spać spokojnie.

Taki stan rzeczy stawia decydentów przed trudnym wyborem. Z jednej strony mają obowiązek zadbać o zdrowie ludzi, którzy ryzykują życie za innych. Z drugiej - nie mogą rekomendować terapii bez dowodów, zwłaszcza gdy jej produkcja bywa zawodna i gdy nauka potrafi przynieść gorzkie niespodzianki nawet w przypadku substancji uznawanych za naturalne i bezpieczne.

Co dalej

Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że temat wymaga pilnego, systematycznego zbadania. Związek zawodowy nie wzywa wprawdzie do całkowitej rezygnacji z glutationu, ale apeluje o ostrożność, uczciwe informowanie o braku dowodów i dbałość o jakość preparatów po wycofaniach produktów z powodu zanieczyszczeń.

Potrzebne są przede wszystkim badania, które odpowiedzą na trzy pytania stawiane przez DeCrane'a: czy glutation działa, czy to placebo oraz jakie są jego długoterminowe skutki. Dopóki odpowiedzi nie ma, każda decyzja o stosowaniu środka będzie oparta na wierze, a nie na wiedzy.

Równie ważne jest uporządkowanie rynku samych preparatów. Zapowiadane wycofania produktów z powodu zanieczyszczeń w aptekach recepturowych pokazują, że nawet jeśli substancja okaże się na końcu skuteczna, problem czystości i standaryzacji dawki pozostanie. Brytyjski nadawca wskazuje, że obawy o zanieczyszczone i niepewne zapasy to jedna z głównych przeszkód w ocenie tej metody.

Warto też pamiętać, że to nie pierwszy przypadek, gdy praktyka wyprzedza naukę w środowisku służb ratowniczych. Zawód, który na co dzień mierzy się z bezpośrednim zagrożeniem życia, ma naturalną tendencję do sięgania po każde dostępne narzędzie, zanim badania nadążą za potrzebami. Rolą związków i instytucji naukowych jest w takich momentach nie gasić nadziei, lecz ją ukierunkować - tak, by nie zrobić krzywdy w pogoni za ulgą.

Dla tysięcy strażaków, którzy co roku narażają zdrowie podczas akcji, pytanie o skuteczność glutationu nie jest akademickim sporem. To kwestia życia i codziennego funkcjonowania po służbie - snu, oddechu, energii i ryzyka chorób, które mogą ujawnić się dopiero po latach. To także test dla systemu, który ma dbać o tych, którzy dbają o innych: czy potrafi dostarczyć im sprawdzonych rozwiązań, zanim desperacja popchnie ich w stronę terapii bez dowodów. Odpowiedź na to pytanie zadecyduje o tym, komu i w jaki sposób przyszłe pokolenia funkcjonariuszy będą mogły powierzyć swoje zdrowie.

portret Piotr Zawadzki
Zdrowie / Sport
Piotr Zawadzki
Redaktor sekcji zdrowia i sportu. Pisze o medycynie, profilaktyce i wydarzeniach sportowych. Amator maratonów, a w domu ma dwa psy, które towarzyszą mu w porannych treningach.
Artykuł powstał na podstawie publicznych doniesień medialnych.