
Inflacja w Stanach Zjednoczonych wzrosła we wrześniu bardziej, niż oczekiwano. Zgodnie z oficjalnymi danymi tempo wzrostu cen przyspieszyło do 3,7 proc. w ujęciu rocznym. W dwunastu miesiącach do sierpnia wskaźnik ten wynosił 3,4 proc. To ostatnia publikacja danych o inflacji przed wyborami do Kongresu, które odbędą się w przyszłym miesiącu.
Inflacja okazała się wyższa od prognoz głównie za sprawą droższych paliw. Ceny benzyny poszły w górę po zakłóceniach w dostawach energii z Bliskiego Wschodu, spowodowanych konfliktem Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem. Dane opublikowano 14 października.
Inflacja to tempo, w jakim rosną ceny produktów i usług w czasie. W praktyce oznacza to, że za te same zakupy po pewnym czasie trzeba zapłacić więcej. Prostym przykładem jest butelka mleka, która kosztuje dolara, a rok później 1,10 dolara. W takim wypadku roczna inflacja dla tego produktu wynosi 10 proc. W podobny sposób liczy się inflację dla poszczególnych produktów, a z tych wyników powstaje obraz inflacji w całej gospodarce.
Poziom inflacji mierzą urzędnicy Biura Statystyki Pracy (Bureau of Labor Statistics) za pomocą wskaźnika cen konsumpcyjnych, czyli CPI. Wskaźnik ten śledzi zmiany cen setek produktów codziennego użytku, między innymi świeżej żywności, benzyny i usług medycznych. Na tej podstawie ustala się ogólny poziom inflacji w amerykańskiej gospodarce. Biuro z czasem aktualizuje tak zwany koszyk dóbr, bo zmieniają się zwyczaje zakupowe i styl życia mieszkańców USA.
Powodów, dla których inflacja rośnie, może być kilka. Jeśli popyt na jakiś produkt przewyższa jego podaż, producenci mogą podnosić ceny. Przykładem może być szał na lalki Labubu w ostatnich latach i wysokie ceny ich odsprzedaży. Wyższe dochody również mogą prowadzić do większego popytu, a ten z kolei pcha ceny w górę.
Tymczasem kampania wyborcza w Stanach Zjednoczonych toczy się wokół kosztów życia. To właśnie ten temat znalazł się w centrum wyborczej debaty.