
W ostatniej dobie układ sił wokół wojny w Ukrainie zyskał nowe, zaskakujące tony. Z Moskwy wraca specjalny wysłannik prezydenta USA i mówi o sukcesie wizyty, głowa państwa ukraińskiego deklaruje gotowość do bezpośredniego spotkania z rosyjskim przywódcą w Miami, a rosyjska opozycjonistka Julia Nawalna apeluje do Europy, by przyjęła rodaków uciekających przed reżimem. To trzy wątki, które pozornie dzieli dystans tysięcy kilometrów, a łączy jedno: pytanie, jak zakończyć największy konflikt zbrojny w Europie od dekad. Poniżej analizujemy najnowsze doniesienia polskich i zagranicznych mediów.
Najważniejsze jest też to, że te ruchy dyplomatyczne w żadnym razie nie dzieją się w próżni. W tle zaledwie kilkunastu godzin polskie media informowały o rosyjskich uderzeniach w dziesięć regionów Ukrainy, z ofiarami śmiertelnymi i rannymi, a także o ataku rakietowym na Odessę, wśród poszkodowanych w którym znalazło się pięciomiesięczne dziecko. Deklaracje o negocjacjach toczą się więc równolegle z najbrutalniejszą codziennością wojny – a to najkrótsza droga do wniosku, że droga do stołu negocjacyjnego wciąż wiedzie przez pole bitwy.
Specjalny wysłannik prezydenta Donalda Trumpa, Jared Kushner, ocenił niedawną wizytę w Moskwie jako „bardzo pozytywną” i ważną. Wraz ze Steve'em Witkoffem rozmawiał tam o pokoju w Ukrainie. „Powiedziałbym, że była ona dużym sukcesem. Sądzę, że rozumiemy teraz jasno, jakie powinny być kolejne kroki” – cytuje wysłannika agencja Interfax-Ukraina. Kushner wypowiadał się na przeprowadzonej w Kijowie w piątek i sobotę konferencji Jałtańskiej Strategii Europejskiej.
Słowa wysłannika brzmią jednak ostrożnie. Mimo deklarowanego sukcesu przyznał wprost, że strony „nie mają wspólnej wizji oczekiwanego rezultatu”, a kluczowe pytanie wciąż pozostaje otwarte. „Najtrudniejszą kwestią nadal pozostaje sprawa terytoriów. Myślę, że w pewnym stopniu zależy ona oczywiście od tego, co dzieje się na polu walki, gdzie sytuacja pod tym względem jest dość dynamiczna” – powiedział. Rosja kontroluje dziś część ukraińskich regionów, a los tych ziem stał się osią sporu komplikującą każdą próbę rozmów.
Zwrot „dyplomacja wahadłowa”, użyty przez Kushnera, nie jest przypadkowym sformułowaniem. Opisuje on, jak przez ostatnie miesiące wyglądały kontakty między Waszyngtonem, Kijowem i Moskwą: amerykańscy wysłannicy kursowali między stolicami, przekazując stanowiska i szukając płaszczyzny porozumienia, bez jednoczesnej obecności wszystkich graczy przy jednym stole. Zdaniem przedstawiciela Białego Domu ten model się wyczerpał. „Przekonaliśmy się, że kiedy udaje nam się zebrać przy jednym stole obie strony, jest to znacznie bardziej produktywne niż 'dyplomacja wahadłowa', jeśli chce się osiągnąć ostateczny rezultat” – tłumaczył, widząc szansę w trójstronnym formacie z udziałem Amerykanów.
W tym samym czasie prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zaskoczył deklaracją, że jest gotów do rozmów z Władimirem Putinem. W rozmowie z nadawcą Deutsche Welle powiedział, że spotkanie mogłoby odbyć się podczas zaplanowanego na grudzień szczytu przywódców G20 w Miami na Florydzie.
„Oczywiście. Musimy przyjechać. Musimy się spotkać, porozmawiać i podjąć decyzje” – odpowiedział na pytanie dziennikarza, czy uda się do Miami, jeśli Putin również weźmie udział w szczycie. Zastrzegł przy tym, że najważniejsze są rezultaty, a nie słowa. „Tu nie chodzi o słowa. To, co mu powiem albo co on chce mi powiedzieć, nie ma znaczenia. Liczą się rezultaty, i tyle” – podkreślił.
To znacząca zmiana tonu ze strony ukraińskiego przywódcy, który od początku pełnoskalowej inwazji wielokrotnie wykluczał bezpośredni dialog z Kremlem. Do osobistego spotkania obu prezydentów doszło dotąd tylko raz – 9 grudnia 2019 roku w Paryżu, podczas szczytu tzw. formatu normandzkiego, z udziałem ówczesnej kanclerz Niemiec Angeli Merkel i prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Rozmowy dotyczyły wówczas wojny w Donbasie. Było to ich pierwsze i jak dotąd jedyne bezpośrednie spotkanie.
Kreml nie potwierdza jednak, że Władimir Putin wybierze się w grudniu do Miami. „Nie wiemy jeszcze, czy pojedziemy do Miami” – powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. Wcześniej, w sobotę, doradca Kremla ds. polityki zagranicznej Jurij Uszakow oświadczył, że kwestia ewentualnego udziału Putina w szczycie „nie była nawet przedmiotem dyskusji” w Moskwie.
Co istotne, prezydent Rosji nie brał osobiście udziału w szczycie G20 od 2019 roku. W sierpniu minister finansów Rosji Anton Siłuanow uczestniczył natomiast – na zaproszenie USA – w spotkaniu ministrów G20 w Asheville w Karolinie Północnej, co wzbudziło niechęć europejskich delegacji. Sekretarz skarbu USA Scott Bessent tłumaczył obecność Siłuanowa koniecznością podtrzymywania dialogu z Rosją w celu zakończenia wojny przeciwko Ukrainie.
Kalendarz najbliższych tygodni jest przy tym napięty. Specjalny przedstawiciel MSZ w Moskwie ds. G20 Marat Bierdijew poinformował, że przedstawiciele resortów energetyki, spraw zagranicznych oraz zasobów naturalnych Rosji wezmą udział w zaplanowanym na 14–16 września spotkaniu ministrów energii państw G20 w Houston. Te dwa sygnały – gotowość do udziału na szczeblu ministerialnym i ostrożność na szczeblu prezydenckim – obrazują kalkulację Kremla: dialog tak, ale na własnych warunkach i bez ryzyka porażki w bezpośrednim starciu.
Trzeci wątek tego politycznego tygodnia ma wymiar humanitarny i wykracza poza gabinety przywódców. „Niech Europa przyjmie Rosjan, którzy nie chcą walczyć i pragną uciec” – powiedziała Julia Nawalna podczas Konferencji na rzecz Wolności i Demokracji, zorganizowanej w piątek wieczorem przez biuro Parlamentu Europejskiego we Włoszech, we współpracy z przedstawicielstwem Komisji Europejskiej. Rosyjska opozycjonistka poruszyła też temat wiz dla obywateli Rosji.
Jak przekazał dziennik „La Repubblica”, relacjonujący w sobotę to wystąpienie, część państw Unii Europejskiej chciałaby całkowicie zakazać tych wiz, aby uniemożliwić wjazd do Wspólnoty szpiegom i sabotażystom oraz wywrzeć presję na Kreml. Nawalna staje w poprzek tego stanowiska: „Musimy pomagać tym, którzy chcą uciec” – apelowała.
Apel Julii Nawalnej przypomina o jeszcze jednym aspekcie tej układanki – o obywatelach samej Rosji. Jej postulat, by Europa przyjmowała Rosjan niechcących walczyć i uciekających z kraju, uderza w sedno europejskiej debaty o wizach, w której część państw Unii chce całkowitego zakazu wjazdu dla obywateli rosyjskich. Argument zwolenników zakazu jest prosty: zamrożenie wiz ma utrudnić działanie szpiegom i sabotażystom oraz wywrzeć presję na Kreml. Argument Nawalnej jest równie prosty: państwo nie może być utożsamiane z reżimem, a ci, którzy przeciwstawiają się wojnie, powinni znaleźć schronienie, a nie zapłacić za działania swojego rządu.
Ta debata, choć toczona w salonach Parlamentu Europejskiego, dotyka najbardziej podstawowego pytania o politykę Zachodu wobec Rosji: czy celem jest izolacja całego narodu, czy wsparcie tych, którzy chcą odciąć się od swojej władzy. Jeśli priorytetem ma być wspieranie rosyjskiego oporu wobec Putina, to zamykanie granic przed uciekinierami byłoby – w ujęciu Nawalnej – błędem, który godzi właśnie w tych, którzy odchodzą od reżimu.
Debata o wizach dla Rosjan nie jest wyłącznie sporem o administracyjne przepisy. Onet przypomina, że część państw Unii Europejskiej argumentuje swoje stanowisko obawą o bezpieczeństwo – zakazu wjazdu domagają się ci, którzy chcą uniemożliwić dotarcie do Wspólnoty szpiegom i sabotażystom oraz chcą wywrzeć presję na Kreml. W tle rysuje się bowiem szerszy obraz zagrożeń hybrydowych opisany w ostatnich tygodniach przez media: od podejrzewanego sabotażu po wykolejenie pociągu, za którym śledczy wiążą z działaniami wymierzonymi w infrastrukturę.
Postulat Nawalnej wpisuje się w tę samą oś, ale obraca ją o sto osiemdziesiąt stopni. Jej zdaniem zamykanie granic uderza przede wszystkim w tych, którzy chcą odejść od reżimu i nie podzielają jego wojennych celów. Problem polega na tym, że ani otwarcie, ani zamknięcie nie rozwiązuje pytania, od którego wszystko się zaczyna: jak oddzielić uciekiniera od dywersanta, skoro obaj mogą mieć rosyjski paszport i obaj chcą przekroczyć unijną granicę. Odpowiedź na to pytanie determinuje nie tylko politykę migracyjną, ale też sposób, w jaki Europa traktuje społeczeństwo obywatelskie w Rosji.
Zarazem cała ta dyskusja toczy się pod presją czasu, bo grudniowe okno dyplomatyczne w Miami nie jest odległe. To, czy Zełenski i Putin w ogóle znajdą się w tym samym mieście, zależy jeszcze od decyzji Moskwy, której na razie nie słychać. A każdy kolejny dzień walki, o którym donoszą ukraińscy i zagraniczni korespondenci, przesuwa równowagę sił, od której – jak sam Kushner przyznaje – zależą granice przyszłego porozumienia.
Zestawienie trzech doniesień pokazuje, że wokół wojny w Ukrainie rośnie ruch dyplomatyczny – ale na razie bardziej w deklaracjach niż w konkretach. Stany Zjednoczone ostrzeliwują apetyty na rozmowy trójstronne i nazywają wizytę w Moskwie sukcesem, jednocześnie przyznając, że strony nie mają wspólnej wizji celu. Zełenski pokazuje gotowość do spotkania, ale stawia warunek milczący: liczą się rezultaty, nie gesty. Kreml gra na czas, nie potwierdzając udziału w G20 i przenosząc dyskusje na szczebel ministerialny. Każda ze stron mówi o dialogu, choć każda rozumie go inaczej.
Najbardziej namacalnym problemem pozostają terytoria, które – jak zauważył Kushner – są wprost sprzężone z sytuacją na polu walki. To oznacza, że dopóki front jest dynamiczny, trudno oczekiwać twardych ustaleń przy stole negocjacyjnym. Z kolei apel Nawalnej przypomina, że poza polityką wielkich mocarstw jest jeszcze wymiar ludzki – ludzie, dla których wojna Putina nie jest elementem układanki dyplomatycznej, lecz powodem do ucieczki z własnego kraju.
Czy grudniowy szczyt G20 w Miami stanie się sceną pierwszego od 2019 roku bezpośredniego spotkania Zełenskiego z Putinem? Na razie deklaracja jest po stronie Kijowa, a Moskwa się wstrzymuje. O tym, w którą stronę przechyli się szala, zadecydują najbliższe tygodnie – i wydarzenia na froncie. Wszystkie przytoczone