
Kancelaria Prezydenta wysłała w środę pismo do Kancelarii Sejmu w sprawie wyboru Macieja Berka na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Szef prezydenckiej kancelarii Zbigniew Bogucki mówi wprost o „gigantycznych wątpliwościach” co do formalnych warunków kandydatury. Ten sam dzień przyniósł inne sygnały, w których prezydenci – w Warszawie, Waszyngtonie i wokół Berlina – znaleźli się w centrum politycznego napięcia. Donald Trump zapowiadał zakończenie wojny z Iranem i spadek cen ropy, a kanclerz Niemiec Friedrich Merz odwołał zaplanowaną rozmowę z amerykańskim przywódcą po jego wpisie gratulującym skrajnej prawicy. Wspólny mianownik jest jeden: urząd głowy państwa coraz częściej bywa areną, na której krzyżują się procedury prawne, kampanie wyborcze i wielka dyplomacja.
Zgodnie z doniesieniami RMF24, Kancelaria Prezydenta skierowała do Kancelarii Sejmu pismo w sprawie „wyjaśnienia okoliczności procedowania formalnie kandydatury” Macieja Berka na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Szef Kancelarii Prezydenta RP Zbigniew Bogucki poinformował w środę wieczorem w Polsat News, że podpisał dokument adresowany do marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego i że pismo zostało już wysłane. Jak relacjonuje Onet, to oficjalny ruch prezydenta, który dotyczy osoby wybranej przez Sejm w ubiegły piątek.
Sedno sporu dotyczy spełnienia przez Berka formalnego wymogu dziesięcioletniego stażu radcy prawnego. Opozycja podnosiła wcześniej, że mężczyzna nie wykonywał zawodu radcy prawnego przez wymagane dziesięć lat, co według niej dyskwalifikuje go formalnie. Bogucki ocenił, że „są gigantyczne wątpliwości co do tego, czy pan minister Berek ma dziesięcioletni staż radcy prawnego”. Jak dodał, to trzeba wyjaśnić, bo nie można opierać się na oświadczeniach i zapewnieniach, że wszystko jest w porządku.
Szef prezydenckiej kancelarii poszedł dalej w ocenie skutków. Zauważył, że jeśli Berek nie spełniałby wymagań formalnych, „ta procedura nie powinna się rozpocząć i nie mogła być ona przegłosowana”. W jego ocenie potwierdzenie tych wątpliwości oznaczałoby poważne naruszenie konstytucji. To mocny sygnał, choć – jak podkreślają media – na razie mamy do czynienia z pytaniami kierowanymi do marszałka Sejmu, a nie z rozstrzygnięciem merytorycznym.
Maciej Berek to były minister do spraw nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu – ostatnie stanowisko w rządzie Donalda Tuska, zanim Sejm wybrał go na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Jego ścieżka rządowa jest długa. Od grudnia 2023 roku, wraz z powołaniem obecnego gabinetu, pełnił funkcję ministra-członka Rady Ministrów i szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów. W marcu 2025 roku stanął na czele powołanego w Kancelarii Premiera rządowego zespołu ds. deregulacji. W lipcu 2025 roku został natomiast ministrem ds. nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu, a premier Donald Tusk postawił przed nim zadanie kontroli i rozliczania pracy ministrów.
W połowie sierpnia premier ogłosił, że wyraził warunkową zgodę na odejście Berka z Rady Ministrów i na jego kandydowanie do Trybunału Konstytucyjnego. Tusk podkreślał przy tym, że Berek nie jest ani jego partyjnym, ani osobistym kandydatem na sędziego TK, a on sam udzielił tylko zgody na wycofanie ministra z rządu. Ten kontekst jest istotny, bo spór o Berka rozgrywa się między rządem a Kancelarią Prezydenta, a nie wewnątrz jednego obozu politycznego.
Spór sprowadza się do interpretacji, czym jest „staż radcy prawnego”. Jak przypomina RMF24, jeszcze przed wybraniem przez Sejm nowego sędziego TK Berek opublikował w mediach społecznościowych zaświadczenie Dziekana Rady Okręgowej Izby Radców Prawnych. Wynika z niego, że uchwałą z 2002 roku został wpisany na listę radców prawnych i od dnia ślubowania do chwili obecnej posiada uprawnienia do wykonywania zawodu. W dokumencie wskazano też, że Berek zgłosił w ewidencji wykonywanie zawodu radcy prawnego w dwóch okresach: od 1 stycznia 2006 roku do 31 lipca 2009 roku oraz od 1 sierpnia 2012 roku do chwili obecnej.
W poniedziałek, pytany o wątpliwości opozycji, Berek powtórzył swoją linię obrony. Jak mówił, skoro opozycja nie chciała przyjąć jego wyjaśnień, poprosił o wystawienie zaświadczenia przez Okręgową Izbę Radców Prawnych, z którego wynika, że przez 17 lat wykonywał zawód, a wpisany na listę radców prawnych był przez ponad 20 lat. Zastrzegł przy tym, że trzeba rozróżniać wpis na listę od wykonywania zawodu. „Mam 17 lat wykonywania zawodu radcy prawnego” – podkreślił, cytowany przez RMF24.
Ta różnica – między samym wpisem a faktycznym wykonywaniem zawodu – leży u źródła sporu. Kancelaria Prezydenta zwraca uwagę na wymóg dziesięcioletniego stażu jako warunek formalny, natomiast Berek i jego środowisko argumentują, że przy uwzględnieniu wykonywania zawodu wymóg jest spełniony z nadwyżką. Która interpretacja ostatecznie się utrzyma, pozostaje kwestią otwartą.
Sprawa Berka nie jest odosobnionym epizodem na linii Pałac Prezydencki–Trybunał Konstytucyjny. Z ustaleń przytaczanych przez RMF24 wynika, że Berek jest ósmą osobą wybraną przez Sejm obecnej kadencji na sędziego TK. Spośród siedmiu wybranych wcześniej prezydent Karol Nawrocki nie odebrał ślubowania od czworga. Według przedstawicieli Kancelarii Prezydenta, w przypadku tej czwórki w Sejmie doszło do błędów. W rezultacie czworo sędziów złożyło podczas uroczystości w Sejmie ślubowanie z formułą, że robią to „wobec prezydenta”. KPRP nie uznaje tego za ślubowanie, a prezes TK Bogdan Święczkowski nie dopuścił tej czwórki do orzekania.
Spór ma też wymiar instytucjonalny, sięgający poza granice Polski. Czworo wybranych w marcu sędziów TK, od których prezydent nie odebrał osobiście ślubowania, złożyło skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Prokuratura Krajowa prowadzi natomiast śledztwo w sprawie dotyczącej ułatwienia prezydentowi nieodebrania ślubowania od czworga sędziów TK i niedopuszczenia ich do orzekania w Trybunale. Te wątki pokazują, że polski spór o obsadę Trybunału ma już odrębną, skomplikowaną historię prawną, a decyzje poszczególnych instytucji rozjeżdżają się i bywają kwestionowane na kolejnych szczeblach.
Warto też odnotować, że niezależnie od tego, jak zakończy się ta konkretna sprawa, samo jej zaistnienie pokazuje, jak krucha bywa granica między sporami o obsadę władzy a sporami o procedurę. Pytania Kancelarii Prezydenta nie dotyczą bowiem tylko jednej osoby – dotykają tego, według jakich reguł dokonywana jest ocena kandydatów do Trybunału i kto ma prawo tę ocenę weryfikować. W sytuacji, gdy inne wybory sędziów TK również budziły zastrzeżenia i trafiły na ścieżkę sądową, każda kolejna kontestacja wzmacnia wrażenie, że instytucja ta pozostaje w centrum trwającego sporu politycznego.
Tego samego dnia temat prezydenta był obecny także w Waszyngtonie. Jak podaje Onet za Polską Agencją Prasową, Donald Trump przed odlotem do Dallas na konwencję Partii Republikańskiej powiedział na lotnisku dziennikarzom, że wojna w Iranie, która spowodowała gwałtowny wzrost światowych cen energii i wywołała niepokój wśród wyborców w USA, „zakończy się natychmiast po wyborach”. Zapytany, dlaczego tak się stanie, odpowiedział, że Iran „nie wytrzyma już dłużej” i „desperacko próbuje wpłynąć na wynik wyborów”. Przekonywał również, że po tych wyborach cena ropy „gwałtownie spadnie”. Kontekst jest konkretny: w środę cena baryłki ropy ponownie przekroczyła poziom 100 dolarów.
Zapowiedź szybkiego zakończenia konfliktu na Bliskim Wschodzie, powiązana z deklaracją o spadku cen surowców, wpisuje się w kampanijny kontekst amerykańskiej polityki. Deklaracje tego typu, formułowane na lotnisku przed konwencją, trudno jednak uznać za potwierdzony plan operacyjny – to bardziej zapowiedź polityczna niż konkretny harmonogram. Niezależnie od tego, rynek w środę odnotował przekroczenie progu 100 dolarów za baryłkę, co pokazuje skalę napięcia energetycznego związanego z konfliktem.
Trzeci wątek dotyczy relacji transatlantyckich i dotyka bezpośrednio tego, jak słowa prezydenta USA odbierają europejscy sojusznicy. Jak podaje RMF24, zaplanowana na środę rozmowa telefoniczna kanclerza Niemiec Friedricha Merza z Donaldem Trumpem została odwołana. Rzecznik niemieckiego rządu nie podał powodu, ale w odpowiedzi na pytania dziennikarzy zaznaczył, że nie miało to związku z harmonogramem kanclerza. Dopiero wcześniej, bo dzień wcześniej, prezydent USA pogratulował skrajnie prawicowej Alternatywie dla Niemiec zwycięstwa w wyborach regionalnych w Saksonii-Anhalcie.
Wpis na platformie Truth Social miał brzmieć: „Wow! Partia Populistyczna w Niemczech właśnie miała naprawdę udany wieczór. W końcu mają dość absolutnie okropnych przepisów i regulacji imigracyjnych, które tak bardzo zaszkodziły Niemcom”. Trump zakończył go akronimem „MGGA” (Make Germany Great Again – Uczyńmy Niemcy Znowu Wielkimi). Rzecznik Merza odmówił komentarza na temat tego, czy odwołanie rozmowy wiązało się z tym wpisem, zauważył jednak, że kanclerz wielokrotnie sprzeciwiał się ingerowaniu w politykę wewnętrzną Niemiec, zwłaszcza w związku z wyborami.
To nie pierwszy przejaw sympatii amerykańskiej administracji dla AfD – podkreślają media. Wcześniej gesty poparcia dla ugrupowania Alice Weidel okazywał między innymi wiceprezydent J.D. Vance, a z politykami AfD spotykali się też urzędnicy Departamentu Stanu. Odwołanie rozmowy przez kanclerza, nawet jeśli nie zostało wprost powiązane z wpisem prezydenta USA, wpisuje się w napięcie, jakie amerykańskie sympatie dla niemieckiej skrajnej prawicy wywołują w Berlinie.
Choć Warszawa, Waszyngton i Berlin to trzy różne stolice, urząd prezydenta w każdym z tych przypadków znalazł się w środę w centrum sporu albo przynajmniej sygnału politycznego. W Polsce chodzi o proceduralną kontestację wyboru sędziego Trybunału i o to, na ile wątpliwości formalne mogą zablokować rozpoczęcie kadencji. W USA – o kampanijną zapowiedź końca wojny i spadku cen, które ważą na nastrojach wyborców. W relacji z Niemcami – o publiczny wpis wspierający partię, która w odbiorze Berlina ingeruje w niemiecką politykę wewnętrzną.
Wspólny mianownik tych trzech historii to rosnąca waga pojedynczych gestów i pism głów państw. Pismo z Kancelarii Prezydenta do marszałka Sejmu, słowa prezydenta USA na lotnisku czy wpis na platformie społecznościowej – każde z tych zdarzeń wywołuje dalsze konsekwencje: pytania do izby radców, ruchy na rynku ropy, odwołane rozmowy dyplomatyczne. W tym sensie prezydentura staje się swego rodzaju dźwignią, która przenosi pojedyncze decyzje na szersze pole polityczne i prawne.
Należy przy tym podkreślić, że wszystkie przytoczone Kwestie takie jak staż radcy prawnego Berka, plan zakończenia wojny z Iranem czy powody odwołania rozmowy Merza z Trumpem pozostają przedmiotem interpretacji i mogą ulec dalszemu doprecyzowaniu. W sporze o Trybunał Konstytucyjny rozstrzygnięcie ostateczne nie zapadło, a kolejne kroki instytucji mogą zdecydować o tym, jak potoczy się ta sprawa.