
Prokuratura Okręgowa w Warszawie umorzyła śledztwo przeciwko Lechowi Wałęsie. Były prezydent i przywódca „Solidarności” był podejrzany o składanie fałszywych zeznań w sprawie autentyczności dokumentów z tak zwanych teczek Kiszczaka. Decyzja kończy postępowanie, które toczyło się niemal dekadę.
Sprawa zaczęła się w 2016 roku, gdy w mieszkaniu wdowy po generale Czesławie Kiszczaku znaleziono teczkę personalną i teczkę pracy tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Bolek”. Rok później postępowanie ruszyło na mocy zarządzenia prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. W kwietniu 2016 roku Wałęsa, przesłuchiwany jako świadek, zaprzeczył, że sporządzał i podpisywał okazywane mu dokumenty. Wyjątkiem był jeden dokument.
Zarzuty oparto na opinii biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie. Uznali oni, że większość podpisów wyszła spod ręki byłego prezydenta. Prokurator prowadząca sprawę wskazała jednak na braki metodologiczne ekspertyzy. Biegli nie dysponowali adekwatnym materiałem porównawczym, a badane rękopisy pochodziły głównie z lat 70., podczas gdy próbki pisma zbierano w późniejszych dekadach. Dodatkowo w latach 80. Służba Bezpieczeństwa fałszowała dokumenty i podpisy Wałęsy, co podważało pewność, czy materiał porównawczy jest autentyczny. Nie przeprowadzono też tak zwanych wpływowych prób pisma, czyli tekstów pisanych na polecenie organów.
Kolejnym problemem było zestawianie wielostronicowych doniesień i pokwitowań z krótkimi podpisami oraz jednozdaniowymi notatkami, co odbiega od standardów badań pismograficznych. Świadkowie zeznawali, że w latach 70. Wałęsa nie sporządzał długich rękopisów, a dokumenty, które podpisywał jako przewodniczący „Solidarności”, przygotowywali inni.
Rozbieżności dotyczyły także samych teczek. Osoby, które miały z nimi styczność w latach 70. i 80., opisywały inną liczbę kart i inny sposób ich łączenia, a w odnalezionych dokumentach brakowało pieczątek i wpisów archiwalnych. Jedynym świadkiem, który wprost zeznał, że Wałęsa był „Bolkiem”, był nieżyjący już Edward Graczyk. Złożył takie zeznanie tylko podczas ostatniego przesłuchania, a prokurator uznała je za całkowicie niewiarygodne, biorąc pod uwagę jego wcześniejsze, odmienne zeznania oraz opinię psychologa o skłonności do konfabulacji.
Prokuratura uznała, że nawet gdyby Wałęsa złożył nieprawdziwe zeznania, miał do tego prawo w ramach konstytucyjnego prawa do obrony. Miał bowiem podstawy, by obawiać się, że przyznanie się do sporządzenia lub podpisania dokumentów okazanych mu 13 kwietnia 2016 roku mogłoby skutkować uznaniem wszystkich jego wcześniejszych zeznań, w których zaprzeczał współpracy z SB, za fałszywe. Chodziło zarówno o postępowania lustracyjne, jak i sprawy cywilne oraz karne. Do decyzji prokuratury odniósł się minister sprawiedliwości Waldemar Żurek.