
Rosjanie uderzyli dronami tuż przy granicy z Polską, polskie wojsko poderwało w nocy myśliwce, a w niedzielę premier Donald Tusk zwołał pilną odprawę służb. Przez ostatnie dwie doby sprawa stała się tematem komentarzy kolejnych europejskich polityków - od Francji i Włoch po byłego premiera Wielkiej Brytanii. Kreml odpowiada krótko: nasi wojskowi realizują swoje zadania na terytorium Ukrainy i będą to robić nadal. Poniższy tekst opiera się wyłącznie na publicznych doniesieniach medialnych z niedzieli i poniedziałku; żadna z tych informacji nie została potwierdzona niezależnie.
Sytuacja jest o tyle niezwykła, że miejsce uderzenia i jego symbolika budzą pytania większe niż sam fakt ataku. O ile bowiem rosyjskie naloty na zachodnią Ukrainę nie są niczym nowym, o tyle celowanie w pociąg z delegacjami i w infrastrukturę graniczną - tak blisko Polski - trudno uznać za przypadek. Tak odczytują to kolejni politycy, którzy w niedzielę i poniedziałek zabierali głos.
Według przekazów ukraińskich i rosyjskich, do których dotarły Onet i RMF FM, w nocy z soboty na niedzielę armia rosyjska przeprowadziła atak z użyciem kilkunastu odrzutowych dronów Geran-5 w zachodniej części Ukrainy. Jeden z bezzałogowców uderzył około kilometra od granicy z Polską, kolejny - około pięciu kilometrów od niej. Jak wynika z komunikatu Sił Powietrznych Ukrainy, w atakach armia rosyjska uderzyła tego dnia w obiekty w zachodniej części kraju, w tym w obwodach graniczących z Polską.
Relacje Onetu wskazują, że w trakcie nocnych uderzeń polskie siły poderwały myśliwce, a służby ostrzegały mieszkańców regionów przygranicznych przed zagrożeniem. Na stacji granicznej Jagodzin, jak relacjonował później premier Donald Tusk, doszło do „ataku na stację benzynową lub teren w jej pobliżu oraz na skład pociągu towarowego znajdujący się na bocznicy”. RMF FM przypominało natomiast, że ponad tydzień wcześniej Rosjanie atakowali już przejścia graniczne po ukraińskiej stronie - co szef rządu i przedstawiciele służb czytali jako znak postępującej eskalacji.
Szczególną uwagę zwrócił fakt, że w pobliżu miejsca uderzenia znajdowały się pociągi z ważnymi pasażerami. Ukraińskie koleje Ukrzaliznycia poinformowały na Facebooku, że krótko przed uderzeniem rosyjskich dronów na stacji granicznej Jagodzin stał pociąg dyplomatyczny, którym podróżowali m.in. doradcy do spraw bezpieczeństwa kilku państw Unii Europejskiej oraz byli europejscy przywódcy, w tym były premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson. W innym pociągu obecnym na stacji w chwili ataku znajdował się David Petraeus, dyrektor CIA w latach 2011–2012.
Sam Johnson potwierdził, że atak zastał go podczas powrotu pociągiem z Kijowa. Na platformie X napisał, że nie wie, „jaka pokrętna logika skłoniła Putina do wysadzenia w powietrze stojącej ukraińskiej lokomotywy na granicy z Polską tego ranka”. Określił to jako „przypadkowy i bezsensowny atak”, jakich Ukraińcy - jak przekonywał - doświadczają każdego dnia, nawet na cywilnych kolejach. Przywołał przy tym dane o ofiarach: według niego Putin jest odpowiedzialny za śmierć 1700 pracowników Ukrzaliznyci, a pracownicy kolei i ich codzienni pasażerowie „są absolutnie heroiczni”.
Były premier skorzystał też z okazji, by wezwać Zachód do przekazania Ukrainie systemów obrony przeciwlotniczej oraz do odmrożenia rosyjskich środków. Wskazał, że na belgijskim rachunku bankowym znajduje się ponad 140 miliardów euro, a w Londynie około 10 miliardów funtów. „Ukraińcy wygrają - to było jasne po ostatnich trzech dniach w ich wspaniałym kraju. Ale zakończymy tę straszliwą wojnę znacznie szybciej, jeśli wszyscy potraktujemy sprawę poważnie i damy im to, czego potrzebują i na co zasługują” - cytowały jego wpis media.
To, że w bezpośrednim sąsiedztwie nalotu znaleźli się byli i obecni zachodni decydenci, nie wzbudziło formalnych zastrzeżeń Kremla. Ale pod względem politycznym jest to obraz, który trudno przeoczyć: kolejne państwo po raz kolejny ociera się o konsekwencje wojny toczącej się u bram Europy, a prom wojskowy granicy staje się przestrzenią, w której rosyjska eskalacja spotyka się bezpośrednio z zachodnią delegacją.
Głos zabrali przedstawiciele europejskich rządów. Minister spraw zagranicznych Francji Jean-Noël Barrot powiedział w poniedziałek, że rosyjski ostrzał pociągu w pobliżu granicy Ukrainy z Polską ma na celu zastraszenie i podzielenie krajów europejskich. Francuski polityk wypowiedział się na ten temat w Finlandii, na forum poświęconym Arktyce. Jak pisał Onet, w jego ocenie atak należy odczytywać również jako próbę podziału kontynentu - u uderzenia blisko wschodniej flanki Unii widać motyw, który Paryż odczytuje jako eskalacyjny.
Szef włoskiej dyplomacji i wicepremier Antonio Tajani odniósł się do uderzenia dronowego jako do „następnego sygnału ze strony Rosji, która mówi: uwaga, nie pomagajcie Ukrainie”. - Oczywiście Rosja wysyła sygnały, dopuszcza się prowokacji, testuje - cytowały włoskiego ministra polskie media. Oba te głosy - francuski i włoski - brzmią podobnie: Rosja nie tyle chce zniszczyć konkretny cel, ile wpłynąć na decyzje sojuszników Kijowa i podsycić niepewność w stolicach europejskich.
Analiza ta wpisuje się w szerszy wzorzec, który od miesięcy opisują ukraińscy i zachodni urzędnicy: ataki na infrastrukturę przygraniczną, na przejścia i na obiekty kolejowe mają ograniczać zdolność Kijowa do przyjmowania dostaw i podtrzymywać przekaz o kosztach poparcia udzielanego Ukrainie. W tym sensie niedzielny nalot - choć militarnie niewielki - pełni funkcję przede wszystkim polityczną i psychologiczną.
Kreml nie pozostawił sprawy bez komentarza. Rzecznik prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow, cytowany przez rosyjskie media państwowe, na które powołuje się Reuters, miał powiedzieć: - Jeśli dobrze rozumiem, chodzi o terytorium Ukrainy. Nasi wojskowi wypełniają swoje zadania na całym terytorium Ukrainy i będą nadal to robić.
To stanowisko w poniedziałek tonował także sam Donald Tusk. Z relacji RMF FM wynika, że podczas niedzielnej odprawy szef rządu podkreślił, że eskalacja działań Rosji „staje się faktem”, a jej przykłady są coraz bliżej polskiej granicy. Kwestionowanie sensu ataku miało więc zdaniem obserwatorów znaczenie drugorzędne - oficjalny przekaz Moskwy zmierzał do tego, by wskazać, że uderzenie nie dotyczyło terytorium Polski i mieści się w ramach realizowanych przez armię zadań.
Taki sposób argumentacji nie jest nowy, ale w kontekście uderzenia tak blisko granicy nabiera konkretnego znaczenia: Rosja konsekwentnie odmawia uznania, że działania prowadzone nawet w bezpośrednim sąsiedztwie państw NATO mogą być odczytane jako testowanie ich reakcji. Każda kolejna taka odpowiedź Moskwy wzmacnia jednak w Warszawie ocenę, że chodzi o celowy sygnał, a nie o incydent.
W Porannej rozmowie RMF FM wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Czesław Mroczek ocenił, że atakiem przy granicy Rosja chce doprowadzić do izolacji Ukrainy. - Spodziewaliśmy się tego, że Rosja będzie eskalować terrorystyczne wręcz działania. Tym atakiem Rosja chce wyizolować Ukrainę - powiedział polityk KO. Jego zdaniem celem Kremla jest ograniczenie możliwości transportowych Ukrainy, w tym dostaw uzbrojenia, oraz utrudnienie zachodniego wsparcia. Chodzi, jak mówił, o przerwanie tras i szlaków oraz współpracy gospodarczej.
Mroczek zwrócił uwagę, że rosyjskie ataki na zachodnią Ukrainę stwarzają „bardzo poważne” zagrożenie także dla Polski. - Jeżeli dwa kilometry od polskiej granicy mamy atak, to bardzo mocno podnosi ryzyko również dla nas - wskazał, dodając, że Polska odpowiada na zmianę sytuacji przez zwiększanie możliwości rozpoznawczych oraz zdolności do zwalczania obiektów powietrznych przez Wojsko Polskie.
Szczególną uwagę poświęcił atakom na kolej - i ta uwaga wraca w świetle wydarzeń na stacji Jagodzin. Zauważył, że pociągi były dotąd jednym z podstawowych, względnie bezpiecznych sposobów przemieszczania się po Ukrainie, także dla zagranicznych polityków i przedstawicieli innych państw. Po weekendzie, jak mówił, to ryzyko „jest o wiele większe”. Przypomniał też, że ponad tydzień temu doszło do ataku na przejścia graniczne po ukraińskiej stronie, a spodziewanie się eskalacji było sygnalizowane także przez stronę ukraińską.
Wiceminister odniósł się też do tego, co w razie zagrożenia powinni zrobić mieszkańcy terenów przygranicznych. Wskazał, że w domach jednorodzinnych należy się skryć w pomieszczeniach z garażem czy piwnicą, a w budynkach wielorodzinnych wykorzystać dostępne miejsca pod powierzchnią gruntu. Powołał się na aplikację „Gdzie się ukryć?”, która - jak mówił - zawiera ponad 80 tysięcy obiektów. - Piwnica, garaż to jest najlepsze miejsce do ukrycia - podkreślał, odwołując się też do poradnika bezpieczeństwa dystrybuowanego przez służby.
Inny ton niż przedstawiciel rządu przyjął gość drugiej części rozmowy, europoseł Prawa i Sprawiedliwości Tobiasz Bocheński. Podkreślił, że wraz z eskalacją sytuacji w Ukrainie - także przy granicy z Polską - wzrasta znaczenie budowy schronów. - Przed nami jest wielkie zadanie budowy schronów i miejsc schronienia - ocenił, przyznając jednocześnie, że mieszkańcy przygranicznych regionów „mogą czuć się zaniepokojeni”. Zastrzegł, że „nie czuje się poinformowany” przez rząd w należyty sposób o zagrożeniach. - Polacy nie są traktowani jak dorośli ludzie - powiedział, odnosząc się do przekazu o gotowości na sytuacje kryzysowe i dodając, że słyszy głosy - zwłaszcza z Lublina i Lubelszczyzny - że „nie wiemy, co mamy robić”.
Tym samym wokół weekendowych wydarzeń pojawił się nie tylko międzynarodowy wymiar polityczny, ale też wewnętrzna dyskusja o tym, jak państwo komunikuje obywatelom ryzyko i jakie ma dla nich realne przygotowanie. Różnica zdań między przedstawicielem obozu rządzącego a politykiem opozycji pokazuje, że temat schronów i informowania może wrócić w kolejnych tygodniach, zwłaszcza gdy zagrożenie - jak mówił wiceszef MSWiA - „podnosi ryzyko także dla nas”.
Uderzenie dronów w bezpośrednim sąsiedztwie polskiej granicy łączy dwa wątki: wojnę w Ukrainie, która coraz częściej przesuwa się w bezpośrednie otoczenie Polski, oraz reakcję Zachodu na rosyjską eskalację. Europejscy przywódcy mówią o próbie zastraszenia i podziału kontynentu, Kijów wskazuje, że celem jest izolacja kraju, a Kreml określa całą operację jako realizację rutynowych zadań swojego wojska.
Warszawa deklaruje zwiększanie zdolności rozpoznawczych i obrony powietrznej, równolegle toczy się u nas spór o to, czy mieszkańcy przygranicznych regionów mają wiarygodne informacje i gdzie mogą się schronić. Najbliższe dni pokażą, czy poniedziałkowe deklaracje europejskich polityków przełożą się na konkretne decyzje - o obronie przeciwlotniczej dla Ukrainy, o odmrażaniu rosyjskich środków czy o poziomie wsparcia, którego Moskwa ewidentnie próbuje kwestionować.
Artykuł powstał na podstawie publicznych doniesień medialnych z niedzieli i poniedziałku (Onet, RMF FM), Wszystkie liczby i cytaty pochodzą z tych przekazów.