
Amerykańska Rezerwa Federalna podniosła stopy procentowe po raz pierwszy od ponad trzech lat i nie wyklucza kolejnych podwyżek, jeśli inflacja nadal nie będzie spadać. W jednomyślnej decyzji stopy wzrosły do przedziału 3,75–4 procent, mimo zdecydowanego sprzeciwu Donalda Trumpa, który domagał się ich obniżenia.
Szef Fedu Kevin Warsh tłumaczył ruch prosto: inflacja jest zbyt wysoka i utrzymuje się zbyt długo, dlatego podwyżka była – jak to ujął – rozważną i odpowiedzialną decyzją. Trump odpowiedział w swoim stylu, twierdząc, że stopy powinny wynosić 1 procent lub mniej, bo Stany Zjednoczone są najlepszym kredytobiorcą świata. Spór między Białym Domem a bankiem centralnym o politykę pieniężną trwa w najlepsze.
Podwyżka oznacza realne konsekwencje dla zwykłych ludzi. Droższe stają się kredyty, hipoteki i spłaty kart kredytowych, choć z drugiej strony lepiej oprocentowane są oszczędności. Warsh przyznał jednak, że bank centralny nie ma wpływu na pojedyncze ceny, choćby ropy czy żywności w sklepie, ale może powstrzymać wzrost cen przed rozlaniem się na całą gospodarkę.
Za podwyżką stoją konkretne powody. Amerykanie od miesięcy widzą drożejące paliwo, a hurtowe ceny ropy wystrzeliły po rozpoczęciu wojny USA i Izraela z Iranem. To przekłada się na koszty niemal wszystkiego, a przystępność cen stała się jednym z najważniejszych zmartwień wyborców. Warsh zaznaczył, że siła rynku pracy i całej gospodarki pozwala Fedowi skupić się na stabilizacji cen, a najmniej zamożni zyskają na tym najwięcej.
Po drugiej stronie Atlantyku Bank Anglii mierzy się z równie niewygodnym położeniem. Ekonomiści spodziewają się, że dziewięcioosobowy komitet polityki pieniężnej utrzyma główną stopę na poziomie 3,75 procent już po raz szósty z rzędu, choć analitycy są podzieleni co do tego, czy przed końcem roku będzie trzeba ją podnieść. Kontekst jest trudniejszy niż kilka miesięcy temu – inflacja w sierpniu przyspieszyła do 3,1 procent z 2,9 procent w lipcu, osiągając najwyższy poziom od pół roku. Wzrost napędzają głównie drożejące benzyna, olej napędowy i bilety lotnicze.
Ceny ropy przekroczyły poziom 100 dolarów za baryłkę 9 września i utrzymują się na nim, a trwałe zawieszenie broni w wojnie z Iranem jest na razie poza zasięgiem. Szef Banku Anglii Andrew Bailey wprost zapowiadał, że jeśli konflikt będzie trwać, a ropa nie spadnie poniżej tej granicy, stopy najpewniej pójdą w górę. Rosnące koszty energii zdążyły już przelać się do cen żywności i paliw, więc szczyt inflacji wciąż może być przed nami.