
Amerykańska obecność wojskowa w Europie stoi pod znakiem zapytania. NBC News, powołując się na amerykańskich i zachodnich urzędników, podaje, że Stany Zjednoczone rozważają wycofanie z kontynentu 25 tysięcy żołnierzy wraz z samolotami, okrętami i sprzętem. Redukcja miałaby uderzyć przede wszystkim w Niemcy, Włochy i Hiszpanię, gdzie stacjonuje większość amerykańskich sił w Europie. Dwóch rozmówców stacji twierdzi, że cięcia mogą sięgnąć nawet 40 tysięcy wojskowych, czyli mniej więcej połowę obecnej obecności na kontynencie.
Taka skala nie miałaby precedensu od zakończenia zimnej wojny. Za scenariuszem wciąż stoją doniesienia, a nie podjęte decyzje, ale sygnały są jednoznaczne. Generał Alexus Grynkewich, dowódca amerykańskich sił i sił NATO w Europie, ma wkrótce przedstawić sekretarzowi obrony Pete'owi Hegsethowi swoją analizę. Zgodnie z relacją NBC generał najpewniej nakreśli kierunki cięć w lotnictwie, marynarce wojennej i wojskach lądowych. Pentagon rozważa również przesunięcia części sił na wschodnią flankę NATO.
W Berlinie nikt nie udaje, że nic się nie dzieje. Kanclerz Friedrich Merz, cytowany przez agencję Bloomberga, miał powiedzieć podczas przedwyborczego wystąpienia chadeków, że "era bezwarunkowej przyjaźni transatlantyckiej prawdopodobnie dobiegła końca". Polityk zwrócił uwagę, że w Stanach Zjednoczonych zmienia się zarówno polityka, jak i nastawienie do sojuszu amerykańsko-europejskiego - w sposób, którego Europa wcześniej nie przewidywała.
Te dwa sygnały napływają praktycznie jednocześnie i razem układają się w spójny obraz. Europa, która przez dekady budowała swoją politykę bezpieczeństwa na amerykańskim parasolu, musi liczyć się z tym, że ten sojusz nie będzie już taki sam. W Warszawie takie doniesienia budzą szczególne emocje - to właśnie na wschodniej flance NATO, którą wzmacniają również polskie wojska, ewentualne przesunięcie amerykańskich sił miałoby największe znaczenie operacyjne. Cięcia w Europie Zachodniej i przerzuty na wschód mogłyby bowiem oznaczać, że obecność USA nie znika, tylko zmienia kształt.
Na razie wszystko rozgrywa się na poziomie analiz i rozmów, a liczby podawane przez stację mogą jeszcze ewoluować. Niemniej po raz pierwszy od dekad zarówno waszyngtońska administracja, jak i najważniejsi europejscy przywódcy mówią o przyszłości transatlantyckiego bezpieczeństwa tym samym, ostrożnym językiem. To zmiana, której konsekwencje będzie czuć każdy kraj sojuszu.