
Kiedy ktoś znika, najczęściej zaczyna się od nerwowego telefonu i apelu w mediach. Czasem pomoc nadchodzi szybko. Czasem jedyną odpowiedzią jest milczenie - albo ciało, które ktoś przypadkiem znajduje po kilku dniach. Trzy wydarzenia z ostatniego tygodnia pokazują, jak różnie potrafią się zakończyć te historie.
W Południowej Afryce policja potwierdziła śmierć biegaczki, która zaginęła podczas zwykłego treningu. Ciało Elizabeth Moselakgomo rozpoznała rodzina w poniedziałek, po tym jak w sobotę znaleziono je na wschód od Johannesburga. To już piąta kobieta, której zwłoki - na wpół nagie i posiniaczone - odkryto w tym samym rejonie Kempton Park. Funkcjonariusze nie łączą tych śmierci z działaniem seryjnego mordercy, ale przyznają, że podobieństwa są na tyle niepokojące, że postanowili wydać publiczne ostrzeżenie. Mieszkańcy, zwłaszcza kobiety z okolicy, dostali zalecenie, by nie poruszać się pieszo ani nie biegać samotnie, szczególnie w ustronnych miejscach. To o tyle poważne, że wskaźnik zabójstw kobiet w Republice Południowej Afryki jest według danych UN Women pięciokrotnie wyższy od światowej średniej.
Na drugim krańcu świata, na Morzu Jawajskim, trwa dramat z zupełnie innym tłem. W niedzielę doszło do wywrócenia się indonezyjskiego promu Virgo Transport 8, który płynął z Surabaj do Bandżarmasinu. Na pokładzie było 243 ludzi. Sześciu nie żyje, 107 udało się uratować, a o 130 dalszych nie ma żadnych wiadomości. Statek utracił kontakt w sztormie około 150 kilometrów od celu podróży. W akcji bierze udział 280 ratowników, a do rejonu skierowano statki i śmigłowiec. W porcie w Bandżarmasinie czekają rodziny - Rusmilawati przyszła wypytywać o ośmioro bliskich, którzy wracali po odwiedzeniu grobów uczonych islamskich na Jawie.
Wreszcie Rosja, gdzie od ponad dwóch lat kruszy się wiara w państwo. Gdy ukraińskie wojsko w sierpniu 2024 roku przełamało granicę w obwodzie kurskim i w ciągu sześciu dni zajęło ponad 777 kilometrów kwadratowych, wielu ludzi z tych terenów po prostu przepadło. Gubernator mówi dziś o ponad 300 zaginionych, choć prawdziwa liczba jest zapewne wyższa. Lyubov szuka matki, która nie chciała wyjechać z wioski pod Sudżą, bo państwowa telewizja przekonywała, że wszystko jest pod kontrolą. Rodziny zebrały niemal 200 podpisów pod listem do Zełenskiego, Putina i ONZ z prośbą o korytarz humanitarny. Odpowiedzi nie było - a na Zachodzie temat dawno zniknął z pierwszych stron gazet.
Zaginieni to zawsze te same pytania: jak to się stało, czy można było wcześniej, i kto weźmie odpowiedzialność, gdy zawiodą wszystkie służby. Każda z tych trzech historii kończy się innym gorzkim wnioskiem.